Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje na temat.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje na temat.... Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2026

Żałoba - jak mądrze być blisko

Mężczyzna pociesza smutną kobietę. Oboje ubrani są na czarno.

 „– Jak się nazywa to uczucie w głowie, uczucie tęsknego żalu, że rzeczy są takie, jakie najwyraźniej są?

– Chyba smutek panie. A teraz…

– Jestem zasmutkowany.”

Śmierć, w powieści Terry’ego Pratchetta pt. Mort


Nie jest żadną tajemnicą, że każdy z nas jest inny. Inaczej reagujemy na trudności i radości życia, a czasami nawet nas samych zaskakuje nasza reakcja. Często tak bywa w sytuacjach wyjątkowo traumatycznych, a do takich należy śmierć, szczególnie nagła, bliskiej nam osoby. Wywołuje ona wiele sprzecznych, niezwykle silnych emocji, wywraca nasz świat do góry nogami, reagujemy więc często zupełnie nieprzewidywalnie. Zdarza się, że ekstrawertyk zamyka się w sobie, a introwertyk nie może przestać mówić o tym, co się stało. Nie ma tu reguł ani standardowych reakcji. Jest tylko szok i bardzo specyficzne przeżywanie żałoby. Niestety, wiele osób uważa, że jest inaczej – że każdy powinien przechodzić ten trudny okres w określony sposób. W rezultacie wokół osoby pogrążonej w żałobie pojawia się zmowa milczenia, albo wręcz przeciwnie wszyscy próbują ją namawiać do mówienia, co tylko pogłębia jej osamotnienie i ból. Jak więc pomóc komuś, kto właśnie kogoś stracił? 

Najważniejsze to być

To zupełnie naturalne, że gdy ktoś nam bliski traci członka rodziny, przyjaciela czy partnera, nie wiemy, jak się zachować. Często wybieramy więc sposób działania, który nam jest najbliższy. Jeżeli jesteśmy skryci i nie lubimy rozmawiać o problemach, w rozmowach z osobą w żałobie unikamy tematu. Jeśli jesteśmy otwarci, lubimy coś przegadać, wydaje nam się, że najlepiej będzie tę osobę namówić na zwierzenia. W rezultacie spotykamy się czasem z niechęcią, wycofaniem, czasem nawet agresją. Jak wiec postępować? Zostawić tę osobę samą sobie? Czy może cały czas próbować ją rozweselić? 

Nie ma tu złotej rady – najważniejsza jest empatia. I tu zła i dobra wiadomość: nikt nie jest w stanie w pełni zrozumieć emocji drugiej osoby – zawsze patrzymy na pewne sprawy subiektywnie. Ale jesteśmy w stanie poprzez obserwację i odrobinę wyczucia stać się dla osoby w żałobie wsparciem. Zwróćmy uwagę na to, czy próbuje nawiązać kontakt czy ukryła się przed światem? Czy płacze przy każdej rozmowie, a może zachowuje się, jakby nic się nie stało?

Niezależnie od odpowiedzi na te pytania, najważniejsze to być obok. To mówią wszyscy, którzy żałobę przechodzili. Przez bycie obok rozumiemy jednak nie fizyczną obecność – choć to czasem też! – ale przede wszystkim jasną informację przekazaną przyjacielowi – jestem blisko. Czasem ktoś w pierwszych dniach po stracie przestaje odbierać telefony, nie chce bezpośredniego kontaktu. Warto wtedy wysłać SMS-a czy maila, szepnąć podczas składania kondolencji na pogrzebie: Jestem pod telefonem, jeśli chcesz porozmawiać. To bardzo ważne, by ta osoba czuła, że gdy potrzebuje porozmawiać, jesteście do dyspozycji! Od czasu do czasu można próbować się skontaktować, ale nie nachalnie, nie codziennie – dajmy drugiej stronie czas, ale poparty informacją, że jakby coś, to tylko czekacie na jej sygnał. Absolutnie jednak nie zrywajmy kontaktu – czasem możemy się poczuć dotknięci czyimś milczeniem, niechęcią, no bo jak to! Ja tu się tak martwię, a on nic, zero wdzięczności! Ale tym razem postarajmy się schować dumę do kieszeni i spokojnie poczekać. Druga osoba na pewno doceni taki takt i wytrwałość, a na razie musi uporać się sama ze sobą.

Trudne rozmowy

A gdy już dojdzie do rozmowy? Gdy już się spotkamy, zdzwonimy? Najważniejsze to podążanie za tą osobą – wsłuchanie się w jej potrzeby. Zacznijmy od pytania, jak się czuje – bo choć wiemy, ze kiepsko, pytanie takie otwiera drogę do rozmowy o tym, co się stało. A dalej… dalej pozwólmy jej mówić. Wykorzystajmy swoją umiejętność słuchania: słuchajmy bez oceniania, bez pocieszania – żadne pocieszenie nie pomoże się bowiem pozbierać, a może tylko rozdrażnić. Unikajmy słów takich, jak: wiem, co czujesz (bo to nieprawda!) zobaczysz, z czasem będzie łatwiej, trzeba żyć dalej, musisz wziąć się w garść. Pamiętajmy, że człowiek po śmierci bliskich nie jest w stanie, szczególnie w pierwszym okresie, wyobrazić sobie życia bez nich i jest mu trudno zaakceptować taką stratę. Nie poszukujmy więc pozytywnych stron straty, ale też nie pomniejszajmy jej rozmiarów, podkreślajmy za to, że żałobnik zrobił wszystko, co mógł dla zmarłego. Nie próbujmy też odwieźć go od mówienia o zmarłym, nie zmieniajmy tematu, nie próbujmy na siłę odwracać uwagi. Dajmy mu przestrzeń na to, by wypowiedział swój ból, a może okaże się, że ta jedna rozmowa stanie się ogromnym krokiem na przód. 

A co, jeśli taki człowiek nam się zbyt często w naszym odczuciu zwierza? Zamęcza nas telefonami, wciąż przeżywa sytuację na nowo, opowiada makabryczne szczegóły? Pozwólmy mu na to przez jakiś czas, jeśli naprawdę chcemy go wesprzeć. Dajmy mu mówić, nawet jeśli jego słowa wydają nam się nie na miejscu, nawet, gdy mówi straszne rzeczy o zmarłym (to też jeden z etapów żałoby!), albo silnie okazuje emocje. Oczywiście, mamy prawo nie odebrać telefonu, nie mieć czasu na spotkanie, ale wtedy powiedzmy to szczerze, nie szukajmy wymówek. Jeśli robi nam się zbyt ciężko, jeśli nie dajemy sobie rady z emocjami tej osoby, powiedzmy szczerze: nie wiem, co teraz powiedzieć czy zrobić, by Ci pomóc. Czasami takie zdanie zatrzyma lawinę uczuć, czasami ją wzmocni, ale nasz rozmówca dostanie wtedy sygnał, że nie wiemy, co zrobić i tak samo jak on, czujemy się całkowicie bezradni. Jeśli natomiast sytuacja staje się dla nas nie do zniesienia – nie uciekajmy znienacka, nie wyłączajmy telefonu, nie porzucajmy tej osoby – to najgorsza możliwa droga. Zamiast tego spróbujmy powiedzieć: czuję, że nie potrafię Ci już pomóc, bo sam/a nie umiem sobie poradzić z tym smutkiem. Może powinieneś/aś porozmawiać z kimś bardziej doświadczonym, np. z psychologiem? 

Pamiętajmy – nie musimy na siebie brać całkowitej odpowiedzialności za osobę pogrążoną w żałobie – mamy prawo nie udźwignąć tej sytuacji i zadbać również o siebie! Oczywiście może się zdarzyć, że na sugestię rozmowy z psychologiem, nasz rozmówca bardzo się obruszy, ale nie zrażajmy się, wytłumaczmy, że są specjaliści, którzy pomagają przejść przez ten czas. Nadal jednak bądźmy blisko, możemy nawet zaproponować, że pojedziemy z nim do psychologa. Nie proponujmy natomiast leków uspakajających czy alkoholu – nie pomogą, a mogą tylko doprowadzić do tragedii!

Czasami potrzebne jest też bardziej wymierne wsparcie: zakupy, jakieś bieżące zaniedbane sprawy. To też jest ogromnie ważne – szczególnie, gdy zmarły był do tej pory podporą w np. obowiązkach domowych. Zaproponujmy więc pomoc w organizacji codziennych, bieżących spraw, np. zadbajmy o posiłki, zaopiekujmy się dziećmi czy zwierzętami, pomóżmy w załatwianiu spraw urzędowych czy porządkowaniu rzeczy zmarłego. 

Cmentarny savoir vivre

Bywa, że mamy wątpliwości, czy powinniśmy iść na pogrzeb osoby, której nie znaliśmy. Często wymaga to przecież wzięcia dnia wolnego w pracy lub rezygnacji z jakiś planów. Odpowiedź brzmi: nie, nie musimy. Obowiązek pojawienia się na pogrzebie dotyczy tylko najbliższej rodziny. Powinniśmy natomiast przyjść, jeśli zostaniemy wyraźnie zaproszeni lub gdy chcemy w ten sposób okazać wsparcie. A jeśli nie jest to możliwe, warto wysłać wiązankę lub zadzwonić do osoby zapraszającej i złożyć jej kondolencje wraz z przeprosinami za nieobecność.

Jeśli jednak już decydujemy się pójść, obowiązuje nas kilka zasad. Pierwsza dotyczy ubioru. Przyjęło się w naszej kulturze, że najbliższych zmarłego obowiązuje czerń, ale pozostałe osoby również powinny ubrać się w ciemne kolory, np. granatowy czy ciemnoszary. Chyba, że bliscy zmarłego sobie tego nie życzą – takim wyjątkiem są pogrzeby dzieci – w niektórych wspólnotach nakłada się wtedy kolor biały jako podkreślenie niewinności i czystości odchodzącego. Niezależnie od koloru, strój powinien być skromny i schludny, nie zakładamy krótkich spódniczek czy spodenek, wydekoltowanych bluzek, koszulek na ramiączka czy fikuśnych dodatków. Mężczyzna powinien być w ciemnym garniturze, jeśli ma nakrycie głowy, to podczas mszy i na cmentarzu trzymać je w dłoni. Na uroczystość przynosimy kwiaty: wiązanki składają najbliżsi zmarłego lub grupy, np. współpracowników. Jeśli jesteśmy z dalszej rodziny lub znajomych, wystarczy skromny bukiet lub nawet pojedyncza przystrojona czarną wstążką róża. Moment położenia jej przy grobie zależy od tradycji danego miejsca. Czasami kwiaty składa się już w kościele, czasem trumna wystawiana jest w kaplicy cmentarnej. Pamiętajmy tylko, by przechodząc obok najbliższych zmarłego z kwiatami, nie podbiegać do nich z uściskami, tylko skinąć głową i pójść dalej. Na serdeczne gesty przyjdzie czas po uroczystości. O takich oczywistościach, jak przyjście punktualnie i wyłączenie telefonu chyba nawet nie warto wspominać – to przecież podstawowe zasady kultury osobistej. Z przodu w kościele siada najbliższa rodzina. Pozostałe osoby znajdują miejsca trochę dalej, ta sama zasada obowiązuje w kondukcie żałobnym oraz podczas składania kondolencji. No właśnie, a co z kondolencjami?

W dzisiejszych czasach czas przed pogrzebem jest zazwyczaj wypełniony sprawami organizacyjnymi. Wiele osób nie uświadamia sobie w tym czasie swojej straty, rzuca się zamiast tego w wir załatwiania różnych spraw. Praktykowane dawniej 3-dniowe czuwanie przy zmarłym miało na celu oswoić nas ze śmiercią bliskiej osoby i dać nam czas na refleksję. Teraz z różnych względów odeszliśmy od tego rytuału, za to załatwianie różnych rzeczy zajmuje nam mnóstwo czasu, którego w rezultacie brakuje na kontakt z własnymi emocjami. Dlatego najgorszy moment przychodzi zazwyczaj już po wszystkim, najczęściej w momencie, gdy pogrzeb się kończy. Człowiek, który do tej pory jakoś się trzymał, bo organizował pogrzeb i konsolację, nagle staje wobec perspektywy powrotu do pustego domu albo po prostu powrotu do codzienności, w której nie ma już tego Kogoś. To jeden z powodów, dla których wiele osób prosi o nieskładanie kondolencji – najczęściej napisane jest to na klepsydrze lub w nekrologu. Dostosujmy się do tej prośby i nie róbmy niczego na siłę – może rozmowa z innymi w tym momencie przekracza możliwości bliskich zmarłego? Jeśli mamy jednak potrzebę, by wyrazić swoje współczucie, możemy sami zamieścić nekrolog z kondolencjami. 

A jeśli takiego zastrzeżenia nie ma? Spróbujmy złożyć kondolencje w najprostszy możliwy sposób. Jeśli znaliśmy zmarłego, powiedzmy o nim coś ciepłego, miłego. Dodajmy, że jest nam bardzo przykro, ale nie rozgadujmy się – jedno, dwa zdania wystarczą, za nami przecież są inni, a żałobnicy i tak już pewnie ledwo stoją na nogach. Jeśli natomiast żegnamy osobę obcą, powiedzmy tylko że jest nam bardzo przykro i że służymy naszą pomocą. To naprawdę wystarczy, a czasem znaczy więcej niż puste frazesy, zazwyczaj stosowane w takich sytuacjach. Nie mówmy na siłę, nie udawajmy, nie dążmy też do kontaktu fizycznego na siłę. To częsty problem – przytulić te osobę, pocałować ją? Najlepiej dajmy żałobnikowi zdecydować – jeśli to ktoś nam bliski, możemy delikatnie go przytulić, jeśli niezbyt bliski, wystarczy uścisk dłoni, poklepanie po ramieniu.

Pamiętajmy też, że w różnych regionach, a także zależnie od wyznania, praktykuje się różne zwyczaje. Dlatego jeśli nie mamy pewności, warto zapytać o nie bliskich zmarłego przed uroczystością. Niektóre tradycje mogą nas bowiem zaskoczyć – tak jak praktykowany w niewielu już miejscach w Polsce zwyczaj czuwania przed pogrzebem przy otwartej trumnie czy pozostawienie nie spuszczonej do grobu trumny do następnego dnia. To bowiem, że jestem katolikiem, nie zwalnia mnie z obowiązku zachowania się zgodnie z tradycją na pogrzebie ewangelika. To samo dotyczy zwyczajów danego regionu. Reszta zależy już od naszego wyczucia i empatii. Niezależnie od środowiska, w jakim żyjemy, starajmy się po prostu częściej patrzeć na świat oczami innych – będziemy umieli wtedy na pewno dostosować się do każdej sytuacji, a dla naszych bliskich staniemy się prawdziwym wsparciem.



środa, 8 lipca 2020

Rozmowa z dzieckiem

"Dialog, w którym godność stron jest jednakowo ceniona, pozwala każdemu wypowiedzieć swoje myśli, uczucia, marzenia, potrzeby i cele."

Jesper Juul 
Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie

Nie jestem żadną wielką specjalistką od dzieci, ale muszę się podzielić bardzo ważnym spostrzeżeniem, które może komuś pomóc w komunikacji z dzieckiem. Ja mam to szczęście, że moje lubi mówić i opowiada, co u niej się dzieje, choć człowiek nigdy nie wie, jak długo to jeszcze potrwa.
Ale ja uwielbiam pracować z dziećmi i zauważyłam kilka bardzo ważnych zasad:
- Kiedy dziecko samo Ci coś opowiada ważnego, nie lubi być zasypywane wnikliwymi pytaniami, bo wtedy ma poczucie, że jest przesłuchiwane. Pytania muszą więc być subtelne i otwarte, żeby mogło mówić dalej.
- Dziecko musi mieć pewność, że to, co do niego mówisz, zostanie u Ciebie. Najgorszym błędem rodziców jest opowiadanie tych rozmów innym. Dziecko czuje się zdradzone, gdy usłyszy, że opowiadasz komuś innemu to, co Ci powiedziało w zaufaniu. To samo dotyczy opowieści o innych dzieciach. Jeśli np. dziecko powie Ci, że koleżanka okłamuje rodziców, a Ty pójdziesz z tym do tych rodziców - masz gwarancję, ze Twoje dziecko więcej Ci nic nie opowie.
- Kiedy dziecko nie chce rozmawiać i odpowiada półsłówkami, daj mu spokój. Pozwól mu przez jakiś czas zostać samemu z myślami. A potem przyjdź, usiądź lub kucnij, żeby mu patrzeć w oczy i zapytaj, czy chciałoby Ci coś powiedzieć. Jeśli nadal nie jest gotowe, powtórz procedurę.
- Dzieci nie chcą mówić, jeśli wiedzą, że po tym, co powiedzą nastąpi kazanie.
- Dzieci nie chcą mówić, jeśli z nich żartujesz i ironizujesz.
- Dzieci nie będą mówić, gdy zbagatelizujesz ich problemy.
- Twoje historie z dzieciństwa, o wpadkach, porażkach, głupich zachowaniach, mogą pomóc otworzyć rozmowę. Dzieci uwielbiają słuchać historii, w których Ty jako dziecko coś narozrabiałeś.
- Umowy z dziećmi i obietnice są niezwykle ważne. Jeśli ich nie przestrzegasz, tracisz zaufanie i to bardzo szybko.
- Jeśli uczysz dziecko uczciwości, nie możesz kłamać - świat dzieci jest bardzo czarno-biały.
- Kiedy rozmawiasz z dzieckiem, musisz być all in - ono musi mieć poczucie, że to, co mówi, jest dla Ciebie ważne, nawet jeśli temat wydaje się być nieważny.
- Dzieci najwięcej mówią przypadkiem, podczas opowieści pozornie nieistotnych, więc uważne słuchanie może odkryć przed Tobą niezwykłe tajemnice.
- Dziecko, które nie ma zaufania do dorosłych, nie będzie im mówić trudnych rzeczy - to jest ostatnia i najważniejsza zasada. Jeśli uważa, że rodzic nie udźwignie lub nie potraktuje poważnie problemu, po prostu o tym nie powie. Uświadomiłam to sobie wyraźnie, gdy moja córka podczas oglądania Harry'ego Pottera powiedziała, że gdyby Harry miał rodziców, to mógłby im powiedzieć o różnych rzeczach, które się dzieją, a tak ciągle musi radzić sobie sam i dlaczego Ron nie powiedział mamie i tacie o horkruksach?!

środa, 22 lipca 2015

Bajki dla dzieci...?

Z racji posiadania w domu 4-latki jestem bardzo na bieżąco z rozmaitymi filmami i serialami dla dzieci. Sama uwielbiam bajki, dlatego oglądamy je często razem i mamy z tego zazwyczaj kupę radochy. Niestety, ostatnio okazało się, że muszę oglądać nowe produkcje zanim pokażę je dziecku, bo ich treść absolutnie w moim odczuciu się dla 4-latka nie nadaje, mimo określania ich mianem "bajek". Dlatego zrobiłam tu małe zestawienie, w którym podzieliłam (bardzo subiektywnie) znane mi animacje na "nie puszczaj tego dziecku", "możesz puścić, ale..." i "możesz włączyć i zająć się sobą". Choć do tej pory "przetestowaliśmy" kilkadziesiąt tytułów, nie ma na nie tu miejsca, więc wymieniam w każdej kategorii tylko kilka. Nie mamy telewizora, więc są to głównie bajki dostępne w Internecie. Zwracałam głównie uwagę na poziom agresji i hałasu, elementy wywołujące lęk, prostotę fabuły i elementy nazwijmy to "edukacyjne". Może ktoś w komentarzach będzie chciał dodać jakieś tytuły i oszczędzi mi oglądania kolejnych animacji?
Bajki nie dla dzieci
Zacznijmy więc od pierwszej kategorii, "nie puszczaj tego dziecku", czyli w moim odczuciu bajek niebezpiecznych. Bajka niebezpieczna jest pełna agresji. Jej bohaterowie więcej krzyczą niż mówią, wyzywają się od głupków, tępaków itp. Akcja toczy się w szybkim tempie i jest w niej dużo napięcia. Zwroty akcji bywają bardzo dramatyczne, a dialogi są niezrozumiałe dla dzieci i wypełnione dwuznacznymi żartami. Za niebezpieczne uważam na przykład kucyki Pony, Truskawkowe Ciastko, Gumisie (tak, wiele dzieci boi się tej bajki!), większość aktualnie wyświetlanych na Cartoon Network (koszmarnie hałaśliwe i agresywne), a także większość animacji japońskich. Ale jest też inna kategoria, którą uważam za szkodliwą (choć nie tak bardzo): bajki ogłupiające. Ich treść zazwyczaj wydaje się bezpieczna i miła, ale bardzo zubażają język i myślenie dziecka. Do takich bajek należą np. Teletubisie. W tej kategorii umieściłabym też Muminki, bo choć książka jest cudna, to film jest mocno psychodeliczny, a postacie bardzo głośne, momentami wręcz agresywne.

Bajki, które nie szkodzą
Druga kategoria, "możesz puścić, ale...", to bajki, które może nie zaszkodzą, ale też zbyt wiele nie dadzą. Zazwyczaj poziom agresji jest w nich niski, albo nie ma jej w ogóle, ale treść jest na tyle uboga, a dialogi tak słabe, że szkoda na nie po prostu czasu. Bohaterowie są bez osobowości, fabuła mdła jak niedoprawiona carbonara, a oprawa muzyczna sprowadza się do brzdąkania w keyboard. Do tej kategorii zaliczam np. uwielbianą przez dzieci Świnkę Peppę. Może też tak być, że fabuła jest ciekawa, poruszane problemy głębokie, ale oprawa kiepska – postaci są głośne albo straszne. Do takich wątpliwych zaliczam np. Troskliwe Misie, Pszczółkę Maję, szczególnie w nowej szacie graficznej czy fajną, ale dość skomplikowaną fabularnie Marta Mówi. Wszystkie te bajki mają swoje plusy (np. Marta mówi fajnie rozwija język dziecka), ale mogą malucha przestraszyć. Tę kategorię wyjątkowo lubi kanał Mini Mini.

Bajki, które warto obejrzeć
Kategoria "możesz włączyć i zająć się sobą" wbrew pozorom nie jest wcale taka wąska. Należą do niej bajki nieagresywne, mądre, z dobrym przekazem i ciekawymi, sympatycznymi bohaterami, w których nie ma potworów, straszydeł i dramatycznych sytuacji. To takie, przy których możesz spokojnie zająć się sobą. Znajdzie się wśród nich większość bajek naszego dzieciństwa: Bolek i Lolek, Reksio, Zaczarowany ołówek itp. Dodajmy do tego kilka późniejszych produkcji, czyli uwielbiany przez moją córkę Świat Elmo, Kubusia Puchatka, Misiowanki, a z bardziej współczesnych np. Księżniczkę Zosię, Franklina, czy odkryte niedawno przez nas Małe Królestwo Bena i Holly.
Z tego co zauważyłam bajki z tej kategorii wyświetla zazwyczaj TVP ABC.

Na koniec dodam jeszcze, ze wymienione wyżej tytuły to tylko przykłady, a moje zestawienie dotyczy głównie młodszych dzieci i tylko dziecięcych seriali (za długometrażowe się nie biorę, bo to temat rzeka). Ponadto treść bajki trzeba dostosować nie tylko do wieku, ale też do temperamentu dziecka, bo moja córa np. przy Reksiu się po prostu nudzi, a Gargamela boi się tak bardzo, że nie chce oglądać niewinnych wydawałoby się Smerfów. Zachęcam w związku z tym rodziców, by przed włączeniem nowej animacji dziecku, obejrzeli ją sami. Po co nam później nieprzespane noce albo sztucznie wywoływana nadpobudliwość? Poza tym pamiętajmy, że długie oglądanie nie jest dla malucha zdrowe, zdecydowanie lepiej zająć mu czas innymi aktywnościami, a bajki zostawić na dobranockę:)

Ps. Polecam też inne, ciekawe teksty o bajkach i ich wpływie na nasze dzieci: Zalew agresji w bajkachBunt kreskówekDla dzieci czy nie?,



czwartek, 26 czerwca 2014

Jak zachęcić dziecko do czytania?

Każdy czytający rodzic chciałby, żeby jego dziecko chętnie sięgało po książki. Zanim jednak pobiegniemy do księgarni, warto pomyśleć, jak je do tego zachęcić.
Wiele razy przed ciążą słyszałam: czytaj od maleńkiego, najlepiej o stałej porze, żeby weszło w nawyk, i nawet jeśli nie słucha. Niestety, mój żywiołowy, mały Egzemplarz, nie tylko nie chciał słuchać, ale też stawiał twardy opór: krzyki, zabieranie z rąk książeczki itp. Dla mnie, matki wiecznie czytającej, była to niemalże wychowawcza porażka! Postanowiłam więc odpuścić z nadzieją, że kiedyś jednak się uda. I udało się. Dziś moja trzylatka słucha chętnie, sama sięga po książki i jest stałą bywalczynią wszystkich okolicznych bibliotek. Ale zanim tak się stało, musiałam trochę pokombinować.
Podrzucam więc Wam kilka rad na początek czytelniczej przygody:
1. Po pierwsze, nic na siłę! Nie zmuszajcie do czytania. Im bardziej nachalnie będziecie zachęcać do książek, tym gorszy będzie efekt. Dziecko uzna to za rodzaj kary i nawet ze zwykłej przekory będzie stawiać opór. Nie słuchajcie tych, którzy mówią: czytaj, w końcu zacznie słuchać. Nie ma to sensu - wy się będziecie frustrować, dziecko złościć - szkoda fatygi.
2. Jeśli przez dłuższy czas nie udaje Wam się zachęcić dziecka do słuchania, odpuśćcie na jakiś czas. Kładźcie książeczki na widoku, ale sami nie proponujcie czytania. Może ciekawość zwycięży? A może maluch musi po prostu dorosnąć do czytania?
3. Duże, ładne obrazki to doskonała zachęta do sięgania po książeczkę. Na początku dziecko będzie chciało tylko oglądać, a niekoniecznie słuchać. Warto na to pozwolić i zachęcić do słuchania np. słowami: a może dowiemy się, kim jest ta pani na obrazku? Nie przejmujcie się, że nie możecie czytać, bo wciąż przewraca strony. Niech obejrzy książeczkę, a potem można fragmencik przeczytać. Można też dać jedną książeczkę do oglądania, a czytać drugą.
4. Krótkie historyjki o innych dzieciach to najlepsza lektura na początek. Małe dziecko na ogół nie umie się długo skoncentrować na słuchaniu (są oczywiście wyjątki, ale przeciętny trzylatek raczej nie wysłucha kilkustronicowego opowiadania). Nie ma też wyrobionego myślenia abstrakcyjnego, więc mogą je nudzić baśnie i fantastyczne opowieści, za to prawdopodobnie polubi te historie, które rozumie - czyli o małych dzieciach i ich rodzicach (ale moje propozycje już następnym razem).
5. Twarde, sztywne strony ułatwiają oglądanie. Bardzo frustrujące jest dla malucha to, że coś mu nie wychodzi. Warto więc kupić książeczki z twardszymi stronami, by łatwiej było je przewracać. Przy okazji będzie mniej stresu, ze coś się zniszczy, ale...
6. ...kupcie książki do niszczenia. Nie lubię niszczenia książek i serce mi krwawi przy każdej rozdartej stronie, ale kupiłam córce na wyprzedaży książeczki specjalnego przeznaczenia - to na nich uczyła się przewracać strony, rozkładać, oglądać, wkładać na półkę. Nauka trudna, ale efektywna, teraz nie ma z tym problemu. I nie krzyczcie, gdy coś się podrze lub poplami. Szacunku do książek najlepiej uczyć spokojem, tłumacząc, że książeczkę boli rozerwana strona, wspólnie ją klejąc lub okładając. A nawet wysyłając do "książkowego lekarza", czyli zanosząc wspólnie od introligatorni.
7. Czytanie, szczególnie na początku, powinno odbywać się w spokojnym miejscu i w godzinach, w których dziecko jest spokojniejsze. Maluch na pewno nie skupi się na książeczce, gdy dookoła będą biegać dzieci lub gdy pod ręką będą zabawki. Podobnie rano, gdy ma najwięcej energii. Najlepsze są godziny popołudniowe lub wieczorne, deszczowe dni, chwile przed snem.
8. Bywa, że nasze pociechy chętniej słuchają, gdy czyta ktoś inny. Może to być babcia, ciocia, dziadek czy opiekunka, efekt nowości może zdziałać cuda. :) Dzieci na ogół wolą też kobiece głosy, ale bywa też, że ktoś czyta zbyt aktorsko lub zbyt monotonnie. Warto próbować różnych sposobów czytania i różnych głosów. Można też próbować z audiobookami, ale one nie zachęcą do książki jako takiej. I jeśli audiobooki, to tylko na cd czy w radiu (radio Bajka, polecam!!!), nie na laptopie, bo ekran może być bardziej interesujący niż dźwięk.
9. Wizyta w bibliotece: moje odkrycie. W większości warszawskich bibliotek są teraz kąciki dziecięce. Zabierzcie malucha ze sobą, niech zobaczy regały, pobawi się chwilę, obejrzy książeczki dla dzieci. To może być naprawdę wspaniała zachęta do czytania, a jednocześnie lekcja bibliotecznej etykiety. Uczyńcie z tego rytuał, wyróbcie dziecku kartę - poczuje się bardzo dorosłe, podając Pani kartę do kliknięcia!
10. Książki na widoku. Jeśli chcecie zachęcić do czytania, to nie tylko czytajcie sami, ale też otaczajcie się książkami. Nic tak nie pobudza ciekawości dziecka, jak kolorowe okładki dookoła. Pozwalajcie też oglądać swoje książki - albumy czy książki turystyczne na pewno je zaciekawią, a przy okazji można uczyć dziecko obchodzenia się z książką.

To chyba te najważniejsze z moich doświadczeń. Nie zniechęcajcie się, gdy maluch odrzuci książki, nie karzcie go za to. Poszukajcie sposobu, poczekajcie i dawajcie dobry przykład. Uda się na pewno.

wtorek, 17 czerwca 2014

Z pomocą tacie

Do napisania tego posta zainspirował mnie nie tylko nadchodzący dzień taty, ale też bardzo ostre wypowiedzi kobiet na temat dziecka zamkniętego w samochodzie (np. to tylko mężczyźnie się mogło zdarzyć!) oraz sytuacja, jaka miała miejsce na fejsbukowym profilu portalu madrzy-rodzice.pl. Otóż administrator wrzucał ostatnio różne teksty dotyczące ojcostwa, a pod owymi wpisami pojawiały się komentarze – czyli do tego momentu norma. Ale już treść tych komentarzy odbiegała od normy dość daleko... No bo skoro dzień taty, to wydawałoby się, że coś miłego i fajnego tam wpadnie, a tymczasem ściana "mądrych rodziców" wypełniła się wpisami rozżalonych, wściekłych i rozgoryczonych matek.
Ja wiem, ja wiem, że bywa różnie. Że liczba rozwodów rośnie, a wraz z nią liczba samotnych matek, które z takich czy innych względów nie mogą liczyć na swoich ex-partnerów. Że wielu mężczyzn ucieka od swoich rodzin i nie mam na myśli tylko ucieczki dosłownej: czasem jest to ucieczka w pracę, w hobby, w gry komputerowe. Ale drogie Panie, kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień... I dlatego dziś wpis o ojcach i tatusiach.
Wydaje mi się, że współczesnych ojców można podzielić na 4 typy:
Tata pracujący. To taki tata, którego więcej nie ma niż jest. Haruje jak dziki osioł, do domu wraca nocą, a w weekend wisi przy telefonie lub komputerze. Jak już ma wolny czas, to spędza go w ciągłym ruchu lub po prostu pada na pysk. Przyczyny tej sytuacji mogą być różne i od tych przyczyn należy zacząć zanim się go odsądzi od czci i wiary.
Może być to na przykład sytuacja: pracuję, bo muszę. Żona takiego faceta na ogół nie pracuje (bo bezrobocie, bo "nie wyobrażam sobie zostawić maluszka z obcym człowiekiem", bo nie starcza na żłobek czy opiekunkę, bo jej się nie chce itd.), więc jego praca to jedyne źródło dochodów. A tu kredyt, samochód, wakacje itp. I w pracy trzeba się wykazać, bo jak teraz z pracą jest, każdy wie. Taki tata robi, co może, ale nie oszukujmy się, wyżej nerek nie podskoczy. Kiedy ma czas, spędza go z rodziną, rezygnując przy tym z własnych zainteresowań czy pasji, co kończy się frustracją. Czasem bywa też inaczej: rezygnuje z bycia rodziną, by zająć się własnymi sprawami i wtedy też się frustruje (albo frustruje żonę, co jest podwójnie frustrujące).
Zupełnie inaczej ma się sprawa z: pracuję, bo lubię. Taki pracuje, bo to jego życiowa misja, pasja i co tam jeszcze. Praca jest jego największą miłością, więc te pozostałe miłości zawsze są na drugim miejscu. Dziecku najchętniej poopowiada o własnym szefie i nowym projekcie, a w wypadku braku zainteresowania zmieni rozmówcę. On może by i chciał się zająć tym nowym domowym stworkiem, ale przecież czasu nie ma, bo właśnie klient dzwonił.
Może być jeszcze pracuję, bo uciekam. Taki tata zostaje w pracy nawet wtedy, gdy nie musi. Na ogół wynika to z problemów w domu, małżeństwie, lęku przed byciem tatą. Taka ucieczka nie zawsze oznacza brak miłości, czasem oznacza po prostu strach. Zawsze jednak oznacza, że trzeba coś w rodzinie zmienić i może wtedy okaże się, że jednak nadgodziny nie są takie potrzebne.
Tata luzak. Tata luzak się nie martwi. Nie przejmuje. Jakoś to będzie. Damy radę. Przecież takie jest życie. Taki tata może nie będzie pamiętał o wizycie u lekarza czy jutrzejszym zebraniu w przedszkolu, ale za to weekendy z nim będą przygodą życia. On się nie zmartwi zachlapanymi spodniami, za to chętnie sam poskacze po kałużach. Zorganizuje spontaniczny wypad nad morze albo w góry, będzie pierwszym, który krzyczy na rollercoasterze, zamiast obiadu kupi dwa kubły lodów. Będzie tak robił bo albo inaczej nie umie albo chce być najfajniejszym tatą na ziemi. Oczywiście, zdarza się w skrajnych przypadkach, że luzactwo wykracza poza pewne normy i zamienia się w nieodpowiedzialność i wtedy mamy kłopot – szczególnie, gdy zapomni o czymś, co wcześniej obiecał - wtedy mamy tatę nie licz na mnie. Na szczęście standardowy tata luzak, choć czasem doprowadza swą małżonkę do białej gorączki, dla dziecka jest największym bohaterem i ulubioną zabawką. A ten w najlepszym swoim wydaniu sprawia, że na twarzach jego rodziny cały czas jest uśmiech - wtedy mamy tatę wieczna radość.
Tata ADHD – czyli tata jestem wszędzie. Będzie na każdym zebraniu, spotkaniu, teatrzyku. Odwiezie na angielski i do przedszkola. Każdy weekend spędzi z dzieckiem poza miastem i zorganizuje każdy dzień od rana do wieczora. Dziecko w wieku trzech lat pozna już jazdę konną, windsurfing, narty, będzie mówiło po polsku, angielsku i hiszpańsku, zwiedzi 10 krajów, niekoniecznie w Europie. Nie będzie miało nawet czasu pomyśleć, czy mu się to podoba czy nie, za to nigdy nie będzie się nudzić. Z takim tatą życie będzie pełne wrażeń i nowych doświadczeń, gorzej gdy tata przesadzi i zabraknie czasu na odpoczynek. Najgorsze, co może mu się przytrafić, to zamęczenie własnych dzieci liczbą obowiązków i atrakcji – wtedy mamy tatę cyborga. Najbardziej optymistyczny wariant natomiast to wydobycie w maksymalnym stopniu z pociech  ich potencjału i nauczenie ich korzystania z życia - wtedy mamy tatę trenera.
Tata zaangażowany. Ten tata już w ciąży (tak, on też był w ciąży) przeczytał wszystko, co się da na temat wychowania dzieci. Przy porodzie podpowiadał położnej, a po był specjalistą w sprawie karmienia, przewijania i kąpania. Zna termin każdej wizyty u lekarza, w jednym palcu ma harmonogram dziecięcego dnia, w kalendarzu ma wszystkie imprezy dla dzieci i ważne wydarzenia. Na takiego tatę zawsze można liczyć, ze wszystkich obietnic się wywiązuje, zawsze jest wtedy, gdy go potrzeba. W skrajnie negatywnej wersji bywa, że nie potrafi się wyluzować i wciąż wszystkich poucza – tata wykładowca, w skrajnie pozytywnej, że będzie miał radę na każdy problem –tata coach.

Jest jeszcze niestety tata pojawiam się i znikam. To chyba o nim była większość komentarzy. To tata, który już zrezygnował. Który nie odnalazł się w roli ojca, a może nie dostał nawet szansy, by się odnaleźć. Taki, który po rozstaniu ze swoją partnerką rozstał się też z dziećmi. To też tata, który uznał, że będzie potrzebny dopiero, gdy dziecko podrośnie i pojawia się okazjonalnie jako straszak: czekaj, bo jak ojciec przyjdzie... ale poza tym udziału w wychowaniu nie bierze. W skrajnie negatywnej wersji zniknie prędzej czy później z życia swoich dzieci w ogóle. W tej lepszej, będzie się pojawiał w weekendy lub przy ważniejszych okazjach.

Każdy z tych typów (no, może z wyjątkiem ostatniego), a także ich wielorakie kombinacje, ma swoje plusy i minusy. Każdy może być świetnym ojcem. Ale bardzo często to my, matki, decydujemy o tym, czy mu się uda. To my możemy podciąć mu skrzydła lub pomóc je rozwinąć. Jeśli zrobimy wszystko, by udowodnić tacie, że nie nadaje się do swojej roli, pewnie nam się uda. Ale może zamiast zniechęcać, cieszmy się z tego, że nasze dziecko ma możliwość spędzenia z nim czasu inaczej niż z nami, poznania męskiej perspektywy, pobycia z drugą, a czasem nawet pierwszą najbliższą sobie osobą. I nawet jeśli nam już związek nie wyszedł, zróbmy wszystko – a od nas to zależy!, by nie wypłynęło to na więź taty z dzieckiem. Wielu kobietom wydaje się, że pewna nieudolność w opiece nad dzieckiem, szorstkie podejście czy brak organizacji wynikają ze złej woli. A bardzo często się zdarza, że te same kobiety nieświadomie wzmacniają taką sytuację, krytykując mężczyznę na każdym kroku i nie dając mu możliwości nauczenia się czy wykazania nawet przy najprostszych czynnościach.
Pamiętajmy, że doświadczenie przychodzi z czasem i my też nie od razu wszystko wiedziałyśmy i umiałyśmy. Dajmy szansę ojcom na pokazanie, jacy mogą być fantastyczni, a jeśli na 10 zdarzy się jeden kiepski, nie wrzucajmy tych pozostałych do jednego worka z nim. Dziecko potrzebuje dwojga rodziców, dwóch perspektyw. Dlatego zanim z góry założymy, że mężczyźni do niczego się nie nadają, przyjrzyjmy się sobie – może to my za bardzo chcemy być niezastąpione.


piątek, 30 maja 2014

Między nami kobietami

Długo się zbierałam do napisania tego tekstu. Wiele rozmów przeprowadziłam przed nim i wiele książek przeczytałam. Wiem, co o tym myślę, ale nie wiem, czy uda mi się to tu napisać tak, jakbym chciała.
A będzie o kobietach. Kiedyś usłyszałam takie zdanie: nie ma większego wroga dla kobiety niż druga kobieta. Co Wy na to?
Dla każdej osoby, niezależnie od płci, kobiecość oznacza coś innego. Dla jednego będą to wysokie szpilki, sukienki, kapelusze. Dla drugiego może to być emocjonalność lub empatia. Jedno słowo, wiele znaczeń. Dla mnie kobiecość jest trochę nieuchwytna, nieokreślona. Nie ma dla mnie jednego wskaźnika kobiecości – jest raczej wiele różnych. To coś w zachowaniu, w sposobie bycia, mówienia, zdecydowanie mniej w wyglądzie. Ale przede wszystkim to dla mnie radość z bycia kobietą. Jestem kobieca – czyli cieszę się, że jestem kobietą, jestem inna niż mężczyźni, mam w sobie siłę, którą daje mi moja płeć i nie wstydzę się okazywać również związanych z nią słabości.
Mam jednak wrażenie, że współczesne kobiety boją się swojej kobiecości. Próbują się od niej odciąć, a jednym z przejawów tego odcinania się jest całkowite odrzucenie bliższych relacji z innymi kobietami.
Przyjaźń kobieca stała się ostatnio niemodna, niepotrzebna. Kobiety same o sobie (a raczej o innych przedstawicielkach swojej płci) mówią w sposób, który wyraża już nie tylko niechęć, ale wręcz nienawiść. Wredne, dwulicowe, złośliwe, plotkarskie, nielojalne – to tylko kilka epitetów, jakimi obrzucają swoje koleżanki.
Przyjaźń między kobietami w bardziej prymitywnych kulturach polega na wspólnocie, byciu razem, wykonywaniu wspólnie pewnych czynności (typu pranie, szycie itp.), a przede wszystkim rozmowie i dzieleniu się "kobiecymi tajemnicami" (u nas tę rolę pełniły np. tzw koła gospodyń). W naszej rozwiniętej cywilizacji przybrała natomiast formę paktu o nieagresji – pójdziemy razem na kawę czy zakupy – taki wzór "przyjaciółki" z Seksu w wielkim mieście – ale wszem i wobec będę deklarować, że przyjaźń kobieca nie istnieje i skrytykuje Cię bezlitośnie przy najbliższej okazji.
Taka sytuacja związana jest w moim odczuciu z ciągłym odcinaniem się od kobiecości. Tak bardzo chcemy udowodnić, że jesteśmy równe mężczyznom, że nie tylko zaprzeczamy różnicom płciowym – my je wręcz odrzucamy i traktujemy jak coś złego. To, co jest naszą siłą: emocjonalność i wrażliwość nazywamy (opisując inne kobiety) rozhisteryzowaniem i niestabilnością. Naturalną dla kobiet potrzebę mówienia i koncentrację na relacjach międzyludzkich określamy plotkarstwem i roztrząsaniem. Przypisujemy innym kobietom najgorsze intencje, jednocześnie oceniając dobrze mężczyzn postępujących w ten sam sposób. Facet opowiadający o perturbacjach małżeńskich kolegi to przecież nie plotkarz tylko empatyczny człowiek, a ten przez dwie godziny opisujący swoje dramatyczne przeżycia podczas ostatniej rozmowy z szefem to nie histeryk, a wrażliwiec. Krytykujemy siebie wzajemnie bezlitośnie, nie odpuszczając w żadnej dziedzinie, wszem i wobec deklarujemy, że to z mężczyznami lepiej nam się pracuje, rozmawia, bawi. Próbujemy im wciąż udowodnić, że jesteśmy super kumplami, choć nasze style komunikacji i postrzegania rzeczywistości diametralnie się różnią. Oskarżamy inne kobiety o wszystko: to wina żony lub kochanki, że mąż zdradził, to matka źle wychowała syna, to kobieta nie zadbała o wspieranie męża w karierze itd. itp. Powiedziałabym nawet, że traktujemy trochę mężczyzn jak bezwolne i bezmyślne istoty, a kobiety jak zło wcielone. Skoro bowiem boimy się zostawić męża samego z przyjaciółką i jednocześnie deklarujemy pełne do niego zaufanie, to zakładamy chyba, że owa przyjaciółka podejmie za niego decyzję o potencjalnym romansie, a on bidulek się potulnie zgodzi. (W ten właśnie zresztą sposób straciłam wielu wspaniałych przyjaciół, których żony uznały mnie za potencjalnie groźną – w tym miejscu pragnę im podziękować za tak oczywiste uznanie mnie za wystarczająco atrakcyjną, by uwieść ich mężów, szczególnie po wielu latach wcześniejszej przyjaźni.)
W tej nienawiści do innych kobiet, w odcinaniu się od własnej kobiecości, zapomniałyśmy tylko o jednym. O tym, że jesteśmy sobie wzajemnie potrzebne. Że wsparcie drugiej kobiety czy też wielu kobiet jest ogromną wartością. Że pewne kwestie tylko my możemy zrozumieć, bo tylko nam są one dane. Wieczór panieński, sprowadzony dzisiaj często do kwestii czysto seksualnych: tort z penisem, striptizer, erotyczne gadżety, dawniej miał (a w niektórych kulturach do dzisiaj ma) pewien głębszy sens – inne, doświadczone kobiety miały wprowadzić młodą mężatkę w tajemnice kobiecego życia. Nie dotyczyło to tylko "tajemnic alkowy" – choć i takie wprowadzenie, na co wskazują moje rozmowy z różnymi kobietami, bardzo by się przydało (to niesamowite, jak wielu rzeczy w kwestiach seksu kobiety nie wiedzą, bo wstydzą się zapytać innych kobiet), ale też relacji damsko-męskich, rodzenia dzieci itp. Kobiety, spotykając się w większym gronie, dzieliły się doświadczeniami, wspierały w trudnych chwilach, pomagały sobie w opiece nad dziećmi. Były razem, bo wiedziały, że w ten sposób są silniejsze, że zyskują na tym wiedzę i mądrość.
Ileż razy słyszałam w rozmowie z inną kobietą: to Ty też tak masz, a myślałam, że tylko ja...
No tak. Tak myślała. Bo jest sama ze swoją kobiecością, bo nawet najlepszy przyjaciel mężczyzna nie odpowie jej na pewne pytania, nawet wujek Google czasem nie wie, jak sobie poradzić z tym czy owym. A inna kobieta czasem wie. Czasem rozumie. Bo podobnie myśli. Bo już to sprawdziła. Bo ma podobne ciało. Bo ma podobny sposób widzenia. Bo między nią a jej mężem był podobny konflikt, bo między żonami a mężami często są podobne konflikty wynikające z naszej odmienności, o czym nasze prababki świetnie wiedziały, bo potrafiły być razem, siedzieć i dziergać te nieszczęsne sweterki i paplać przy tym jak szalone. Bo nie odcinały się od siebie, od bycia kobietami. Choć ich los, jako kobiet, był znacznie cięższy od naszego.
Kto mnie zna, wie doskonale, że sama niewiele w życiu nawiązałam kobiecych przyjaźni. Bliżej mi było zawsze do mężczyzn i przez długi czas podobnie odżegnywałam się od damsko-damskich relacji, uważając je z gruntu za fałszywe. Teraz mogę się poszczycić dwiema wspaniałymi przyjaciółkami i kilkoma naprawdę bliskimi koleżankami, ale nadal mam też przyjaciół mężczyzn. Odkryłam jednak w kobiecej przyjaźni ogromną siłę. Kiedy mam kłopot z dzieckiem, dzwonię do koleżanki, która ma starsze dzieci (nie wiem, co bym zrobiła bez tych porad na początku macierzyństwa!!!). Kiedy nie wiem, jak coś ugotować, pytam doświadczoną w kuchennych bojach znajomą albo... własną babcię. Kiedy mam kłopot z mężem dzwonię do przyjaciółki, żeby się wygadać i wysłuchać kogoś, kto patrzy na mój problem z dystansem (czasem mnie nawet objedzie, że jestem zołza). Otaczam się kobietami i dzięki temu nie jestem sama ze swoimi babskimi sprawami. Może nam kobietom było łatwiej, gdybyśmy przestały się wzajemnie krytykować i oskarżać. A jeśli nie chcecie, żeby było nam łatwiej, to zaprzyjaźnijcie się z jakąś kobietą choćby po to, by dać tym biednym facetem odpocząć od naszego gadania i roztrząsania drobiazgów. ;)

poniedziałek, 26 maja 2014

Dzień Mamy

Dzisiaj jest piękny dzień. I wcale nie piszę o pogodzie. Dzisiaj jest nasz dzień. Dzień Mamy.
Fajne i trudne jest bycie mamą.
Fajne jest, bo dziecko daje nam wiele miłości, i to takiej, której nie doświadcza się w żadnej innej relacji. Miłości zaborczej, ale też absolutnie bezwarunkowej. Fajne, bo można odkryć w sobie coś nowego, zachwycić się na nowo życiem, ucząc się od malucha tej otwartości, którą gubimy gdzieś w procesie tzw. socjalizacji. Fajne, bo ubarwia naszą rzeczywistość, wzbogaca ją o śmiech, zabawę, muzykę, i te wszystkie drobiazgi, które wypełniają nagle nasz dom. Fajne, bo daje nam... wy same, każda z Was osobna, wiecie najlepiej, co dobrego Wam daje bycie mamą.
Ale jest też trudne. Trudne, bo wielu rzeczy nie wiemy, nie umiemy, nie rozumiemy. Trudne, bo wymaga cierpliwości ponad wszelkie granice, opanowania, rozwagi. Trudne, bo wiąże się z bezsilnością, lękiem, niepewnością. Trudne, bo przynosi wiele sprzecznych uczuć, skrajnych emocji, problemów, o których wcześniej nie miało się zielonego pojęcia.


Ale wiecie, co dla mnie jest najtrudniejsze w macierzyństwie? Wymagania stawiane nie przez dziecko, tylko przez otoczenie.
Bo strasznie mnie wkurza założenie, że matka ma być niemal nadczłowiekiem. Wkurza mnie wieczne i wszechobecne przekonanie, że matka ma obowiązek być wiecznie szczęśliwa i uśmiechnięta. Że ma z uśmiechem na twarzy wysłuchiwać tysiąca porad babć, sąsiadek, koleżanek. Że ma jednocześnie dbać o siebie, chodzić na fitness, spełniać się zawodowo i z czułością opiekować się maluchem. Że jeśli wybierze powrót do pracy, to spotka się z zarzutami, że zaniedbuje dziecko. A jeśli zostanie w domu, to usłyszy, ze nie ma ambicji. I że często tak naprawdę i tak nie ma wyboru. Że gdy już wróci z tego fitnessu czy pracy, to ma z pełną energia pobiec z dzieckiem na spacer albo rzucić się w wir edukacyjnych zabaw.
Że wszędzie czyta: szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, a jednocześnie odmawia jej się prawa do szczęścia w jej własnym rozumieniu. Że każdy ma prawo skrytykować jej wybory, metody wychowawcze, zachowanie, ale mało kto jej mówi: hej, jesteś supermamą!
Wkurza mnie że w tym całym hałasie zagłuszany jest nasz naturalny instynkt. Że zapominamy przez to o tym, że zostałyśmy do macierzyństwa stworzone. Że odmawia nam się prawa do złości, do utraty cierpliwości, do zniechęcenia.
A przecież czasem jesteśmy wściekłe, zmęczone, czasem mamy ochotę uciec w cholerę. I to nie oznacza, że mniej kochamy, ze jesteśmy złymi matkami. Wręcz przeciwnie. To oznacza, że jesteśmy ludzkie, że mamy emocje, że uczymy nasze dziecko, że każdy ma swoje granice. Że jesteśmy wystarczająco dobrymi matkami.
Każda mama jest specjalistką w jednej dziedzinie w życiu: tą dziedziną są jej dzieci. To my znamy je najlepiej, to my rozpoznajemy każdy ich grymas, to my czuwamy w nocy, gdy chorują, to my pamiętamy ich wszystkie pierwsze razy, to my je pocieszamy przy pierwszych niepowodzeniach. I to tworzy z nas supermatki, a nie zadbany wygląd, dobra praca, czy metody wychowawcze wzięte z poradników.
Jesteśmy niezbędne i niezastąpione. Bo nikt nie da naszym dzieciom tego, co my.
I z tej okazji chcę wszystkim mamom życzyć radości z życia, cierpliwości i wyrozumiałości do samych siebie i słuchania własnego głosu. Nie dajcie się zagłuszyć kobitki i kochajcie swoje dzieci najlepiej jak potraficie. To Wy jesteście ich supermamami!

Ps. I jakby na potwierdzenie tych słów, właśnie dostałam od kolegi taki link: https://www.youtube.com/watch?v=r8DvN8mYW_M

środa, 7 maja 2014

Prezent dla dziecka - jak wybrać?

Miała być kolejna recenzja, a wyjdzie kolejny post na temat dzieci. Książek czytam tyle, że musiałabym chyba codziennie jedną recenzję publikować, a do tego jeszcze tematy dzieciowe – już sama nie wiem, co ciekawsze. Niemniej jednak zbliża się dzień dziecka, komunie i różne inne okazje, a z moich doświadczeń wynika, że prezenty dla dzieci to naprawdę trudny temat, i to nie tylko dla tych, którzy dzieci nie posiadają. Dlatego dziś krótko o tym, jak i co wybrać, idąc do znajomych czy tez rodziny w odwiedziny. :-)
Kiedy dobrze znacie dziecko i często bywacie w jego domu, na ogół wiecie, czego nie ma, a co ma w nadmiarze. Sytuacja komplikuje się, gdy mały człowiek ma już właściwie wszystko. Jeszcze trudniejsze zadanie ma osoba, która odwiedzanego malucha zna słabo, idzie z pierwszą wizytą lub sama nie ma dzieci i nie wie, co spośród milionów produktów w dziecięcych sklepach jest przydatne.
Kto pyta, nie błądzi
Dlatego pierwsza moja rada jest prosta: koniec języka za przewodnika. Kochane Ciocie i kochani Wujkowie: pytajcie rodziców! Naprawdę, znacznie lepiej jest zapytać o to, co kupić, niż kupić 15 misia, 20 lalkę lub 30 samochodzik. Ponadto, jeśli nie znacie dobrze dziecka i nie mieliście okazji rozmawiać o nim z jego rodzicami, nie kupujcie bez porozumienia z nimi jedzenia: słodyczy, chipsów, ciasteczek. Przyjęło się w naszej kulturze przywożenie dzieciom lizaków, kinder niespodzianek czy żelków, ale rzadko kiedy obdarowujący pytają rodziców o to, czy mogą dać taką słodycz dziecku. A warto myśleć o tym, że niektóre dzieci nie mogą jeść pewnych produktów, np. ze względu na bardzo niestety częste ostatnio alergie pokarmowe czy po prostu ze względu na poglądy rodziców. To mama i tata powinni podjąć decyzję, czy dać ciasteczko maluchowi, a bardzo często zdarza się, że są pomijani i mały alergik dostaje do rączki coś pysznego, co jest mu natychmiast odbierane. Dla dziecka stres, dla rodziców tym bardziej i jeszcze niezręczna sytuacja towarzyska, bo jeśli zakaz jedzenia słodyczy wynika z poglądów, a nie z choroby, niektórzy się obrażają - no bo chyba raz możecie zrobić wyjątek!
Dlatego proszę w imieniu wielu znanych mi rodziców: uszanujcie nasze prawo do decydowania o diecie naszych dzieci i pytajcie nas przed kupieniem maluchowi słodyczy.
A prezent wybierz sobie sam
Jeśli rodzice nie podpowiedzieli Wam, co kupić, albo po prostu nie mieliście okazji o to zapytać, dobrym pomysłem może być karta prezentowa do Smyka lub innego sklepu z produktami dla dzieci (jeśli odwiedzacie niemowlaka, to np. do Rossmana czy innej drogerii). Dziecko będzie mogło samo wybrać sobie wtedy prezent lub, gdy jest jeszcze malutkie, rodzice kupią mu to, co akurat jest potrzebne. Fajnym prezentem może też być karta wstępu do jakiejś sali zabaw lub innego, ciekawego miejsca.
Innym pomysłem może być zabranie dziecka na lody (po ustaleniu z rodzicami), na jakiś wyjątkowy plac zabaw lub do wesołego miasteczka. Dzieci znacznie lepiej zapamiętują takie atrakcje niż kolejne klocki rzucone po paru dniach w kąt. Wspólnie spędzone chwile i świetną zabawę na pewno będą długo wspominać, a ciocia czy wujek staną się bohaterem dnia (a czasem nawet i kilku następnych miesięcy. ;)
Prezent musi być!
Jeśli jednak koniecznie chcecie coś kupić i nie chcecie pytać wcześniej rodziców o zdanie, to moja propozycja jest następująca:
1. Kupujcie rzeczy (zabawki, ubrania) przeznaczone dla odrobinę starszych dzieci niż obdarowywane. Dotyczy to szczególnie ubrań, które mają tak urozmaiconą rozmiarówkę, że trafić w rozmiar graniczy z cudem. Tym bardziej, jeśli nie macie pojęcia o tym, jak teraz wygląda maluch. Moja córa na przykład jest wyższa niż większość jej rówieśników, dlatego bluzeczka mająca na metce informację, że jest dla trzylatki, prawdopodobnie od razu powędruje do torby z za małymi rzeczami. Lepiej kupować na wyrost – wtedy jest gwarancja, że choć raz w swoim prezencie dziecko zobaczycie. Podobnie z zabawkami, choć tu mniejsze ryzyko nietrafienia;
2. Zapytajcie sprzedawcę – ekspedientki w sklepach na ogół mają pewne doświadczenie i wiedzą, co się dobrze sprzedaje;
3. Kupujcie rzeczy, przy których istnieje najmniejsze prawdopodobieństwo, że dziecko już je ma. Ja, odwiedzając dziecko poniżej pierwszego roku życia na ogół kupuję coś praktycznego: ręczniczek, kocyk, pościel, łańcuszek do smoka lub opakowanie na niego, ubranko – są to rzeczy, które się zawsze przydają, a taki maluch i tak jeszcze nie ma wygórowanych oczekiwań i cieszy się z samej obecności nowej osoby.
Odwiedzając dziecko w drugim roku życia, najbezpieczniej jest kupić albo ubranko (choć na pewno nie doceni ono w pełni takiego prezentu ;-), albo coś interaktywnego: do naciskania, gadania, testowania.  Co prawda, ja na każdą grającą zabawką reagowałam wysypką, ale moja córka była przeszczęśliwa.
Dla dzieci starszych, poza słodyczami, o których pisałam wyżej, najlepsze są chyba książeczki. Misie, lalki, samochodziki – to dzieci mają, nawet czasem w nadmiarze. A książeczek nigdy nie za dużo. Nawet gdy się zdublują, zawsze można wymienić na inną. Dobrym pomysłem mogą być też różne gry: zgadywanki, puzzle, gry zręcznościowe i planszowe itp. (niedługo wrzucę tu recenzje gier Granna:)
4. I na koniec: zachowujcie paragon: jeśli pechowo kupicie coś, co dziecko już ma, rodzice zawsze mogą wymienić daną rzecz na inną.

Dziś dzieci mają bardzo dużo. Nowa lalka barbie czy matchbox nie budzi w nich takich emocji, jak w nas kiedyś. Wydaje mi się, że ze względu na ten nadmiar, powinniśmy uczyć dzieci nie tylko cieszenia się z prezentu, ale też radości z samych odwiedzin. Dlatego na koniec chciałam tylko dodać: nie jest ważne z czym przyjdziecie do malucha. Najważniejsze jest, kim się dla niego podczas takich odwiedzin staniecie. Są osoby, o których moje dziecko pamięta mimo rzadkich odwiedzin i naprawdę nie są to te, które przywiozły najdroższy prezent.



wtorek, 29 kwietnia 2014

My rodzice

Tak sobie czytam różne wiadomości z kraju i ze świata, znajduję historię o kolejnej mamie Madzi i myślę sobie, że my, rodzice, jesteśmy w dzisiejszych czasach bardzo zagubieni. Zniknęły wielopokoleniowe rodziny, w których dzieckiem zajmowały się babcie i ciocie, w których wiedzę i zwyczaje przekazywano z pokolenia na pokolenie. Nie ma już jednego słusznego podręcznika, jakim był w czasach naszych rodziców podręcznik dr Spocka – dla tych, którzy odcinali się od metod naszych babć – lub książka Twoje Dziecko – dla tych, którzy woleli system zero-jedynkowy. Teraz królują przejściowe mody, zalecenia super niani – jednej czy drugiej, kolejne "przełomowe wyniki badań" rodem ze Stanów czy Wielkiego Brytana. Szkoda tylko, że tak wielu rodziców idzie za tymi trendami bezrefleksyjnie, bez zgłębiania tematu – napisali w internecie, w nowej książce, powiedział znany psycholog celebryta, to teraz ja tak będę robić... A konsekwencje ponoszą dzieci, czy też może dopiero będą ponosić za czas jakiś, gdy pójdą w świat i nie będą mogły znaleźć sobie w nim miejsca.
Skończyłam studia psychologiczne, ale do teorii psychologicznych mam duży dystans, szczególnie tych dotyczących dzieci. Bo czy może być dla mnie dobrym przykładem psycholog, którego metody były stosowane na cały świecie i którego dziecko popełniło samobójstwo? Albo ten, którego dziecko nie chce mieć z nim nic wspólnego? Albo pewna znana niania, której nie udało się utrzymać własnej rodziny, ale za to radośnie i bezrefleksyjnie doradza innym matkom? Ci bardziej wnikliwi będą wiedzieli o kim piszę...
Ale do brzegu. Zagubieni jesteśmy my, rodzice. Zarzucani nowinkami, teoriami, wątpliwymi badania, radami. Jedni mówią: szczepić. Za chwilę inni mówią: nie szczepić! Jedni i drudzy mają tytuły naukowe, osiągnięcia... Babcia mówi: jesteś dla dziecka zbyt pobłażliwa. Znany psycholog nawołuje w mediach: nie zakazuj, nie ograniczaj! Super niania poucza: stosuj kary! W kampanii medialnej słyszysz: powiedzenie dziecku, że wstyd Ci za nie, jest przemocą! Pediatra mówi: dziecko jest głodne, trzeba wprowadzić butlę. Media krzyczą – karm piersią, tylko to jest dobre! Itd. Itp.
Gdzie sens, gdzie logika? Czego my rodzice mamy się trzymać, za czym iść? Najłatwiej powiedzieć, za głosem serca, ale co, gdy głos naszego serca zagłuszony jest przez wszechobecnych guru od wychowania?
Ja się kieruję różnymi przesłankami. Wierzę w teorię przywiązania Bowlby'ego, staram się podążać za dzieckiem, ale jednocześnie stawiać granice, jak uczył Korczak. Ale nie jestem obojętna na mody, trendy, wciąż się miotam, poszukuję, czytam, zgłębiam. I przeraża mnie dzisiejszy sposób wychowywania dzieci, czy tez może właśnie brak sposobu – chaotyczne próby, eksperymenty na żywym organizmie, brutalne odcinanie się od przeszłości. No tak, oczywiście, nasi rodzice popełniali błędy, tak jak my, ale my sami po sobie możemy określić, czy aż tak wielkie były to błędy. Czy aż tak bardzo toksyczne rodziny. Może warto sobie zadać pytanie: co dobrego mam w sobie i jaki wpływ na to miały metody moich rodziców? Czy próbowanie nowych metod na dziecku, nie jest porównywalne do eksperymentów na szczurach? Jeden się uda, jeden nie... Jedna Madzia przeżyje i nikt o niej nie usłyszy, może dopiero za parę lat, gdy powiesi się w gimnazjalnej szatni, a o drugiej będzie głośno już teraz – bo padła ofiarą fanatycznej wiary w kolejną teorię, niewiedzy rodziców, tzw. dobrych chęci, eksperymentów właśnie. Czy naprawdę sprawdzone jest gorsze od nowego?
A z innej strony, może my, zagubieni w informacyjnym chaosie rodzice powinniśmy przede wszystkim wyrzucić te wszystkie książki, podręczniki, ciocie dobre rady, zamknąć portale parentingowe i fora internetowe, spojrzeć na swoje dzieci i zastanowić się, czego to moje konkretne, jedyne w swoim rodzaju dziecko potrzebuje, by stać się dobrym, mądrym i szczęśliwym człowiekiem? Co ułatwi mu życie, współżycie, współistnienie z innym, a co utrudni? Może musimy się cofnąć do czasów, gdy nikt nie tworzył teorii, a dzieci po prostu się wychowywało zgodnie z własną intuicją i ich potrzebami?

środa, 26 marca 2014

Jak się dogadać w związku, część 3

Cd. część 3

Uczciwość, ale nie zawsze
Uczciwość w związku to podstawa. Tylko co tak naprawdę nazywamy uczciwością? Czy uczciwość to tylko nieokłamywanie i wierność? A co z przemilczeniem prawdy? I w drugą stronę, czy uczciwość to bezmyślne wyrzucenie z siebie wszystkich żalów, bez wzięcia pod uwagę uczuć drugiej osoby? W obu przypadkach odpowiedź brzmi „nie!”. Warto być uczciwym, mówić o swoich uczuciach, nie kłamać, nie przemilczać. Ale tak, jak w każdej dziedzinie, najważniejszy jest umiar. Jeśli męczy Was jakiś temat, nie unikajcie go, ale też nie wyrzucajcie z siebie bez zastanowienia potoku słów i oskarżeń. Zastanówcie się, jak przekazać partnerowi to, co czujecie, bez ranienia go. Czasem się nie da, oczywiście, ale bardzo ważna jest forma. Jeśli użyjecie zwrotów: „bo Ty zawsze…”, „bo Ty nigdy…”, nie osiągniecie nic, poza wzbudzeniem poczucia winy i krzywdy. Jeśli natomiast zaczniecie od pozytywów, najpierw powiecie coś ciepłego, dobrego, a potem spokojnie i z szacunkiem wyłożycie, co Wam leży na sercu, macie dużą szanse, że osiągniecie porozumienie. A jeśli już musimy coś skrytykować, mówmy o konkretnej sytuacji, konkretnym zachowaniu. Łatwiej przyjmujemy krytykę, gdy odnosi się ona do danej sprawy, niż wtedy, gdy dotyczy nas jako osoby.
Mówcie o tym, co Was boli. Spokojnie, rzeczowo, bez emocji. Spiszcie sobie to wcześniej na kartce.
Małżeństwa naszych dziadków i rodziców były trwalsze z wielu względów, ale ich istotą była codzienna praca nad związkiem. Cóż bowiem innego mogła zrobić 20-latka, którą wydano za zupełnie obcego człowieka? Musiała go poznać i nauczyć się z nim żyć. I choć popularne kobiece powieści przedstawiają zupełnie inny obraz, wiele z tych małżeństw było dużo szczęśliwszych niż dzisiejsze związki zawierane z tzw. wielkiej miłości.
Bycie razem wymaga codziennego godzenia się z różnicami i konfliktami charakterów. A zmiany, jak ktoś mądrze powiedział, trzeba zacząć od siebie. Bo jeśli będziecie chcieli na siłę zmienić drugą osobę, to może okazać się, że za 20 lat obudzicie się koło kogoś obcego i powiecie z pretensją: „bo Ty to się zmieniłeś po ślubie…”

Ważne drobiazgi
Na co dzień zapominamy o tym, że na początku związku sprawialiśmy sobie często drobne przyjemności. A to on jej kwiatek przyniósł, a to ona mu kupiła jakiś drobiazg; on ją zaprosił do kina, a ona mu upiekła ciasto… Drobiazgi, schematy, nic wielkiego… a jednak mają bardzo duże znaczenie. Bo gdy zapomnimy o tych codziennych małych gestach, staniemy się tylko dwójką ludzi żyjących obok siebie i może się okazać, że z dawnych uczuć nic już nie zostało. Do ognia trzeba dokładać, prawda?

Podsumowując:
Rozmawiajcie. Dużo, często. Nie tylko o Was i Waszych uczuciach. Ale też o pracy, znajomych, porównujcie opinie, poglądy, mówcie sobie o problemach, ale też o radościach. Zrobił coś miłego? Powiedz mu, jak Cię to cieszy. Poradziła Ci coś mądrego? Podkreśl to, skorzystaj z okazji, by powiedzieć jej komplement. Ale też kłóćcie się czasem. Nie bójcie się. Tylko kulturalnie, z szacunkiem, z rozsądkiem! Dawajcie sobie drobne dowody uczucia – kwiaty, czekoladki, miły wieczór, buziak na dzień dobry, poranna świeża kawa. Nie zapominajcie, że jesteście parą i starajcie się czasem zachowywać znów, jak wtedy na początku. Odświeżajcie uczucie. Szanujcie siebie i swoją prywatność. Nie kontrolujcie się, nie ośmieszajcie swojego partnera przy znajomych, nie czytajcie po kryjomu prywatnej korespondencji. Mówcie sobie o waszych niepokojach i lękach, nie zatajajcie nawet pozornie nieistotnych rzeczy. Przypadkiem zobaczyłaś jego maila? Powiedz mu o tym, niech wie, że nie grzebiesz mu w poczcie, bo gdy prawda wyjdzie na jaw niechcący, dużo trudniej będzie wytłumaczyć. Bądźcie dla siebie wyrozumiali. Każdy ma zalety i wady, skupmy się więc na tych pierwszych, postarajmy zaakceptować drugie. Jesteśmy różni i dzięki temu możemy konfrontować różne poglądy. Przekujmy te różnice na coś dobrego. Znajdźmy w nich coś, co wzbogaca nasze życie.
Szukajcie wspólnych rozwiązań. Kompromisom mówcie nie. Kompromis wcale nie jest taki dobry, bo niestety w jego wyniku na ogół obie osoby są niezadowolone. Najlepsze rozwiązanie to takie, które przynosi zadowolenie obu stronom.
Dajcie też sobie przestrzeń. Niech każdy ma swój kawałek świata. Zapominanie o własnych granicach, zainteresowaniach, potrzebach, zazwyczaj kończy się rozczarowaniem i frustracją.

I na koniec: po prostu bądźcie ze sobą. Blisko. Ciepło. Serdecznie. Z miłością.

wtorek, 25 marca 2014

Jak się dogadać w związku, część 2

Część 2
Dobry żart jest tynfa wart
Jedną z cech, które wymieniamy, opisując swój ideał partnera, jest poczucie humoru. Okazuje się, że łatwiej nam się żyje z optymistą, nawet tym niepoprawnym, niż ze smutasem. Warto to wziąć pod uwagę, gdy problemy w związku zaczynają nas przerastać. Może musimy się więcej śmiać? Z siebie, z własnych wad, niedociągnięć… Każdy z nas ma jakieś nawyki, które irytują drugą osobę, ale może łatwiej będzie je zmienić, gdy będziemy z nich żartować, niż po raz kolejny na siebie krzyczeć.
Czasem żart bywa też dobrym sposobem na rozładowanie atmosfery w czasie kłótni. Czasem. Bo jeśli negatywne emocje sięgają zenitu, żart może zostać odebrany jako lekceważenie lub bagatelizowanie, a nie próba porozumienia.
Można też ustalić słowo hasło, które oznacza, że sprawy zaszły za daleko i trzeba przerwać dyskusję, dopóki emocje nie opadną.

Bezsenne noce, ciche dni
Jeśli ktoś twierdzi, że sukces tkwi w tym, żeby nie iść spać pokłóconym, to można mu tylko zazdrościć. Albo ma duże szczęście, albo nigdy nie był w stałym związku. Bo czasem po prostu się nie da. Czasem problem jest na tyle poważny, że trzeba się z nim przespać i dopiero rano o nim rozmawiać. Czasem te kilka nocnych godzin, nawet nieprzespanych, pozwoli nabrać dystansu i rano wrócić do rozmowy z bardziej racjonalnym podejściem.
Zupełnie inaczej jest już jednak w przypadku tzw. cichych dni. To metoda z góry skazana na porażkę. Nieodzywanie się przez wiele godzin czy dni do partnera sprawia, że żal się zapieka i coraz bardziej oddalamy się od siebie. Bo przez ten czas naprawdę wiele może się w nas wydarzyć, a i ta druga strona może stracić chęć porozumienia po takiej „karze”.
Tak naprawdę, jest to też forma unikania problemu. Bo gdy już „nagrodzimy” partnera swoim zainteresowaniem, to pewnie nie wrócimy do wcześniejszej rozmowy. A unikanie trudnych tematów prowadzi tylko i wyłącznie do gromadzenia się między nami negatywnej energii, żalów i pretensji, które koniec końców znajdą ujście, jeśli nie w awanturze, to w rosnącej niechęci, oddalaniu się od siebie, a nawet zdradzie. A potem w pozwie czytamy: „wnoszę o rozwód z powodu niezgodności charakterów”. A powinno być: „wnoszę o rozwód z powodu braku rozmowy”.
A co, gdy nie da się rozmawiać?
Z pomocą mogą przyjść inne formy komunikacji: napiszcie do siebie list, maila, wiadomość (tylko nie sms!) Czasem pisanie pomaga nam zmienić stosunek do pewnych spraw. Osoba pisząca nabiera dystansu do swoich słów, bo wyraża je w sposób wymagający namysłu, spokojniejszy, może przeczytać, co napisała i spokojnie to przemyśleć. Osoba czytająca może wrócić do niektórych sformułowań, odnieść się do nich, zweryfikować własną interpretację tego, co przeczytała.
Innym sposobem może być wyjście do restauracji czy kawiarni i tam dokończenie rozmowy. Sytuacja publiczna pomoże okiełznać emocje i bardziej ważyć słowa.
Nie radzę stosować arbitrów, pytać o zdanie koleżanki czy kolegi. Może się to skończyć niechęcią partnera do tej osoby na długi czas, a nawet zaognieniem konfliktu, bo zostanie to odebrane jako zdradzenie waszych intymnych spraw.

Tips and trick
Kochani, jak nie powiecie partnerowi, o co chodzi, to on nie będzie wiedział o co chodzi! Taką to mądrość życiową przekazał mi Internet. I ileż w niej prawdy!!!
Jeśli nie chcesz, żeby Twój ukochany zapominał o ważnych dla Was datach, powiedz mu o tym i stwórzcie wspólny kalendarz, albo umówcie się, że będziesz mu przypominać na tydzień wcześniej. Dzięki temu Ty dostaniesz kwiaty, a on uniknie kolejnego „focha”.
Jeśli uwielbiasz gry komputerowe, a Twoja dziewczyna wścieka się, że nie poświęcasz jej czasu – zaproś ją na miłą randkę i pogadajcie o tym. Może da się ustalić, w jakie dni spędzacie czas razem, a kiedy zajmujecie się swoim hobby? Bo jeśli znowu skończy się awanturą, to żadne z was nie wyjdzie z tej konfrontacji zadowolone. Ona będzie sfrustrowana, a ty i tak nie uzyskasz miłego wieczoru, a tylko ciągłe utyskiwania.
Zmywanie naczyń, pranie, prasowanie – zwykłe codzienne obowiązki służące nam wszystkim, a są jedną z najczęstszych przyczyn kłótni w małżeństwie. Ten problem jednak da się rozwiązać przy odrobinie dobrej woli.
Można na przykład ustalić konkretny zakres obowiązków. Zrobić listę: „Ty robisz to, a ja to”. Ale lista nie może być zrobiona na zasadzie: „ja tego nie lubię, to Ty to będziesz robić”. Jeśli on z pracy wraca o 19.00, a ustalacie, że on gotuje, to obiad będziecie jeść o 22.00. Ani to zdrowe, ani mądre. Lista musi być tak stworzona, żeby nie tylko uwzględniała osobiste preferencje, ale żeby też zawierała realia, w jakich żyjecie.

Zaakceptuj to, na co nie masz wpływu
Bardzo ważnymi elementami związku są akceptacja i wyrozumiałość. Kiedy decydujemy się na życie we dwoje, „bierzemy” tę drugą osobę z dobrodziejstwem inwentarza. Jeśli więc już przed zamieszkaniem razem/ślubem/podjęciem decyzji, są rzeczy, które Was drażnią, warto zastanowić się, jakie wady i zalety ma druga osoba i z którymi możecie żyć, a z którymi nie. Warto też pamiętać, że wybraliśmy tego człowieka ze względu na te dobre cechy i mimo złych, i w tej właśnie kolejności rozważać powyższe. Oczywiście, są chwile, kiedy trudno jest pamiętać o tym, że Wasz ukochany/ukochana jest czułym partnerem, dobrym tatą/mamą, uczciwym człowiekiem. Na ogół myślimy wtedy, co za okropny człowiek, jest beznadziejny pod każdym względem. Dobrze mieć wówczas na podorędziu małą ściągawkę. Usiądźcie kiedyś i spiszcie te rzeczy, które w sobie najbardziej kochacie. Zatrzymajcie taką listę na trudne chwile.
Bądźmy też wyrozumiali dla siebie. Ludzie często mówią po chorobie czy wypadkach: „gdybym wiedziała, że tak będzie, nie przejmowałabym się drobiazgami”. Bądźmy mądrzejsi i przestańmy przejmować się nimi już dziś. Jeśli on wraca zmęczony z pracy, nie zaczynajmy wieczoru od awantury o nieumyte naczynia. Gdy ona wraca załamana po kłótni z szefem, wysłuchajmy spokojnie jej opowieści i dajmy się wygadać – nawet jeśli w głowie mamy już 10 sposobów na rozwiązanie tej sytuacji. Starajmy się, choć w najmniejszym stopniu, przyjąć perspektywę drugiej osoby i czasem po prostu słuchać i być blisko...

poniedziałek, 24 marca 2014

Jak się dogadać w związku?

Czasem zdarza mi się popełnić jakiś tekst poza blogiem. W styczniu napisałam do Pochodni, czasopisma niewidomych i słabowidzących, tekst o porozumiewaniu się w związkach. Wrzucam go też tutaj, może kogoś zainspiruje?
A przy okazji zachęcam do czytania Pochodni: www.pochodnia.pzn.org.pl.

Część 1: 

Zmywarka, e-mail, pralka, telefon komórkowy, poradniki, romantyczne wyjazdy we dwoje dostępne na wyciągnięcie ręki – to wszystko miało nam ułatwić bycie razem, bycie blisko, miało rozwiązać nasze problemy ze wspólnym spędzeniem czasu i konflikty o zmywanie, pranie, sprzątanie. To wszystko miało sprawić, że nasze życie ułoży się jak w bajce, bo przecież w każdej chwili możemy do siebie zadzwonić, napisać, a większość podzielonych po równo obowiązków załatwi za nas coraz to lepszy i tańszy sprzęt agd… Tylko czemu coraz dalej nam do siebie?

Liczba rozwodów wzrasta. Coraz mniej par decyduje się też na ślub. O tym, czemu tak jest, napisano niejedną książkę i niejeden artykuł. Niejeden psycholog, socjolog, analityk poświęcił temu niejedną bezsenną noc. I nadal nic. Według najnowszych statystyk rozwodzi się już co trzecia para w Polsce.
Z badań wynika, między innymi, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać, a wiara w romantyczną miłość rodem z komedii romantycznej sprawia, że zapominamy o pracy nad związkiem.
Ale zamiast rozwodzić się nad przyczynami, proponuję kilka tematów do rozważań, razem lub osobno, do spokojnego przemyślenia i wdrożenia w życie, zanim uznamy, że nie po drodze nam do siebie.

Od spotykania do zamieszkania
Wiele osób uważa, że mieszkanie ze sobą przed ślubem stanowi dobry sprawdzian dla związku. Warto się jednak zastanowić wcześniej, czy propozycja „zamieszkajmy razem na próbę” nie oznacza, że chcemy partnera przetestować, jak nie przymierzając nowy telefon. Bo czy naprawdę da się w ten sposób jakoś kogoś sprawdzić? Życie pokazuje, że jednak nie. Na trwałość naszego związku nie wpływa to, czy jesteśmy ze sobą przed ślubem 10 lat czy dwa, czy mieszkamy ze sobą wcześniej czy nie. I tak trzeba się prędzej czy później dotrzeć, a problemów, które mogą się pojawić na różnych etapach życia, nie sposób przewidzieć. Znaczenie ma to, jak podchodzimy do naszej relacji. Czy miłość naprawdę trzeba testować? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami, a ja Wam podpowiem, że największym testem dla miłości jest po prostu bycie razem.
No ale dobrze, postanowiliśmy, że razem mieszkamy. Nawet się zaręczyliśmy, żeby ciocia Jadzia nie marudziła. I pojawia się temat ślubu. Wiele par uważa, że nie jest im to potrzebne. Jeśli oboje nie chcą, ok, sprawa jasna. Gorzej, kiedy ona chce, a on nie. Albo odwrotnie. Zawsze proponuję takim parom odpowiedzenie sobie na proste pytanie: „czemu nie chcę się żenić/wyjść za mąż?

Miłości (nie) wystarczy, że jest
W czasach, w których małżeństwa zawiera się tylko z miłości, a w kinach i telewizji czeka na nas co chwila kolejny romantyczny film z happy endem, ciężko jest przyjąć, że sama miłość nie wystarczy, by stworzyć udany związek. Tych, którzy uważają, że wielkie uczucie jest jednym warunkiem, aby się dogadać, muszę zasmucić: nawet najbardziej kochająca się para może się rozstać, jeśli nie będzie chęci porozumienia i pracy nad sobą. Po namiętnym i pełnym emocji początku przychodzi bowiem szara rzeczywistość i nagle okazuje się, że niepozmywane naczynia stają się przyczyną dwudniowej kłótni. I co wtedy?
Nie ma pary, która się czasem nie kłóci. A jeśli słyszę, że ktoś się nigdy nie kłóci, od razu zastanawiam się, ile tematów tabu ma taka para. Kłótnie same w sobie nie są złe. Pozwalają poruszyć trudne tematy, dać ujście emocjom, oczyszczają atmosferę. A jednak wielu osobom wydaje się, że kłótnia to już dramat, koniec relacji. Nie, kłótnia może być dobra, pod warunkiem, że umiemy się kłócić. Jak to umiemy? - zapytacie. Przecież kłótnie są w emocjach! A jednak. Można nauczyć się tak kłócić, żeby kłótnia stała się czymś konstruktywnym.

Kocha, lubi, szanuje…
Po pierwsze, nawet podczas największej awantury, należy okazywać sobie szacunek. Wyzywanie kogoś, rzucanie w niego przedmiotami, bicie – to przecież oznaka wrogości, niechęci, lekceważenia. Tak samo jak sarkazm i ironia – broń o tyle skuteczna, o ile chcemy zakończyć kłótnię bez osiągnięcia porozumienia. Nawet w największych emocjach warto pilnować języka, bo czasem jedno nieopatrzne zdanie i cały związek staje pod znakiem zapytania.
Jak więc się dogadać? Jeśli temat jest bardzo trudny i wywołuje wiele emocji, warto zrobić przerwę w kłótni. W chwili, gdy do głowy przyjdzie nam, że to wszystko idzie za daleko, warto poprosić o chwilę przerwy. Ale uwaga, nie jest nią wybieganie w złości z domu. Takie wybieganie świadczy raczej o naszym braku szacunku do drugiej osoby. Przecież nie dość, że zostawiamy ją w środku ważnej dyskusji, co samo w sobie jest już lekceważeniem, to jeszcze narażamy ją na stres związany z naszą nieobecnością i niewiedzą o tym, gdzie się znajdujemy. Lepiej jest wyjść do drugiego pokoju, zrobić kilka głębszych wdechów, może nawet wyjrzeć przez okno. Pozwoli nam to ochłonąć (czasem dosłownie) i choć odrobinę zdystansować się do sytuacji.
Tutaj warto dodać, że szacunek jest w ogóle jedną z najważniejszych rzeczy w związku. Oczekujemy go od innych, od naszego szefa, przyjaciół, obcych ludzi na ulicy. A w relacji z ukochanym często o nim zapominamy. Bo czy wyśmiewanie partnera/ki przy znajomych albo nieużywanie słów „dziękuję” i „proszę” świadczy o tym, że ją szanujemy? Czy warczycie czasem z irytacją na panią w sklepie tylko dlatego, że macie zły humor? Czy wyzywacie koleżankę w pracy, bo położyła torebkę nie w tym miejscu, w którym byście chcieli?
No właśnie. To dlaczego robimy tak w związku? Będąc razem, mamy czasem wrażenie zacierania się granic. Ktoś jest nam tak bliski, że zapominamy, że ma swoją przestrzeń, swoje przyzwyczajenia i potrzeby. Wydaje nam się, że jeśli nas kocha, to zniesie wszystko, wszystko wybaczy. No bo przecież my byśmy wybaczyli… Tak. Do pierwszego razu.
Szacunek powinien wyrażać się na wiele sposobów, a przede wszystkim w sposobie komunikacji. Często w nerwach zapominamy o tym, że nasze słowa albo zachowanie mogą drugą osobę bardzo zranić. Dlatego właśnie ze względu na szacunek do niej, czasem trzeba się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, wziąć głęboki wdech, przełknąć gorzkie słowa i zastanowić się spokojnie, czy naprawdę chcemy to powiedzieć. Warto też używać zwykłych formułek grzecznościowych. Zupełnie inaczej brzmi, gdy powiemy: „podaj mi proszę płaszcz, kochanie” niż: „może byś mi płaszcz podał?!”
Często zapominamy też w związku o lojalności. Nie raz słyszałam młodą kobietę, wyszydzającą swojego partnera przy jego znajomych. Opowiadanie o przywarach i potknięciach drugiej osoby może być zabawne wtedy, gdy anegdotka nikogo nie ośmiesza, a obie strony godzą się na odsłonięcie szczegółów wspólnego życia. Jeśli jednak omawiamy intymne sprawy bez zgody partnera lub robimy z niego pośmiewisko, okazujemy mu tym samym brak lojalności i szacunku.

poniedziałek, 3 marca 2014

Niewidzialna Wystawa

Jak część z Was wie, pracuję z niewidomymi i słabowidzącymi. A może raczej to Oni pracują ze mną, ucząc mnie codziennie swojej rzeczywistości. Brzmi to patetycznie, ale sama sobie wydaję się śmieszna z moimi codziennymi drobnymi problemami, gdy widzę ludzi, którzy mieliby pełne prawo marudzić, a codziennie witają mnie w pracy z uśmiechem. Mnóstwo się od nich nauczyłam, egoistycznie korzystam z ich rad i pomocy, aby więcej rozumieć i więcej widzieć.
Nie miałam więc wyjścia i poszłam przekonać się, jak to jest "żyć w ciemności" – czyli odwiedziłam Niewidzialną Wystawę. Nie mogę Wam napisać, co się na niej dzieje i jak to wygląda, bo zepsułabym całą zabawę, ale zachęcam – idźcie, przekonajcie się. Każdy będzie to przeżywał inaczej, ale zawsze warto. Nie tylko po to, by poznać perspektywę osoby niewidomej, ale też po to, by poznać własną reakcję na to, co Was tam spotka. Wczuć się w niewidomego, to jedno, ogromne, niewyobrażalne doświadczenie. Ale poczuć samego siebie innymi zmysłami niż wzrokiem, to drugie, równie ważne. Jak wiele poświęcamy na patrzenie, a ile na czucie?
Pamiętam takie ćwiczenia na psychologii z prowadzeniem osoby, która ma zamknięte oczy. Były trudne, przerażające. Dla osoby mającej tak szeroką "bańkę prywatności" jak ja, jeszcze trudniejsze, bo trzeba komuś pozwolić wejść we własną przestrzeń. A teraz codziennie widzę ludzi, którzy wpuszczają innych w tę przestrzeń, bo nie mają wyjścia. Wpuścili mnie znacznie dalej, bo do swojego świata, i dlatego poszłam na Niewidzialną, żeby ten świat poznać z ich perspektywy.
Najpierw czułam się niepewnie, choć pewność przewodnika stanowiła ogromne oparcie. A potem się wczułam. Dałam odpocząć oczom. Kazałam pracować innym zmysłom. Odkryłam przy okazji, ze gdy wyłączam wzrok, część mojego umysłu chce natychmiast odpoczywać! I zaktywizowanie tej części trwało o wiele dłużej niż zwiedzanie wystawy... (przy okazji doświadczyłam też wyjątkowego poczucia odprężenia - może tak czują się na początku ludzie w komorze deprywacyjnej? Ale to chyba tylko kolejny sygnał, że potrzebuję wyprowadzić się w leśną, mazurską głuszę, w której będę mogła wreszcie zaznać ciszy i spokoju, których nie ma w wielkim, brzydkim mieście.) Odkryłam też inne, ważne rzeczy. Nie napiszę Wam, jakie, bo każdy musi je odkryć dla siebie. Musiałam przesunąć swoje granice, pokonać opór przed dotykiem innej osoby. Musiałam aktywować swój zmysł orientacji, a wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, ze nie nie jest on zbyt duży. Aż wreszcie musiałam się zmusić do wyjścia stamtąd, bo nie czułam, że już wszystko rozumiem. I nadal nie czuję. I choć jestem na uprzywilejowanej pozycji, bo wiem mniej więcej, z czym zmagają się osoby niewidome, nadal nie czuję się kompetentna, żeby powiedzieć im – wiem, jak się czujecie. Ale mogę sobie przynajmniej już wyobrazić.
I uważam, że każdy powinien sobie to spróbować wyobrazić. Z różnych powodów: społecznych, osobistych, kulturowych. To dobre doświadczenie. Idźcie na Niewidzialną i podzielcie się ze mną wrażeniami: http://niewidzialna.pl/.

wtorek, 14 stycznia 2014

Refleksja na temat... babcinych sposobów

Tak to jakoś jest, że co przeczytam jakąś książkę, zaraz zaczynam następną i nie mam czasu poprzedniej zrecenzować. Za to w międzyczasie pojawiają mi się różne ciekawe tematy. :)
Dzisiaj babcine sposoby na różne domowe bolączki. Natchnienie przyszło wraz z kolejnym przeziębieniem. Czego to kobieta nie wymyśli, siedząc w domu. ;) I tak pozbierałam (będę sukcesywnie dodawać nowe) różne mądrości z różnych dziedzin. Dziękuję wszystkim znajomym, którzy mi podpowiadali!

- mąka ziemniaczana łagodzi i goi odparzenia małej pupy i nie tylko
- plamy z marchewki znikają, jeśli zostawimy poplamiony materiał na słońcu
- czosnek zawieszony na szyi malucha łagodzi objawy przeziębienia i działa odkażająco (tylko trzeba bardzo uważać, żeby dziecko się nie poddusiło)
- wąchanie chrzanu udrażnia nos
- syrop z cebuli jest idealny na kaszel (pokrojoną cebulę trzeba zasypać cukrem i pić sok, który puści)
- plamy z krwi i moczu należy traktować zimną wodą, ciepła woda je utrwala. Plamy z kriw można usunąc też wodą utlenioną
- noże po krojeniu cebuli, czosnku i cytryny trzeba dokładnie umyć, bo inaczej niszczy się stal
- przykry zapach po krojeniu czosnku lub cebuli można zneutralizować cytryną, tak samo jak plamy np. po krojeniu ziemniaków
- brudny zlew doskonale wyczyści zwykła soda kuchenna
- imbir łagodzi mdłości i działa odkażająco
- liście pokrzywy łagodzą bóle stawów
- olej lniany łagodzi zapalenie gardła i sprawia, że wzmacniają się włosy i paznokcie
- goździk pod językiem pomaga na zapalenia górnych dróg oddechowych oraz na ból zębów (trzeba rozgnieść goździki, włożyć w materiałową chusteczkę, lekko zmoczyć i przyłożyć do zęba na 15 minut)
- na zgagę pomaga ciepłe mleko i migdały
- aby usunąć zapach czosnku z ust można żuć natkę pietruszki lub zjeść jabłko
- plamę z fluidu należy najpierw potraktować płynem do zmywania makijażu, a dopiero potem prać
- gotowane siemię lniane pomaga uregulować trawienie, nawilża gardło i poprawia kondycję włosów i skóry
- herbatka z szałwii działa odkażająco, można ją stosować zewnętrznie np. przy stanach zapalnych okolic intymnych
- herbatka z rumianku pomaga na trawienie, działa antyseptycznie, można nią tez przemywać skaleczenia i oczy przy stanach zapalnych
- łazienkę można myć octem, likwiduje kamień i zwalcza pleśń i grzyby
- sok z jagód pomaga na biegunkę, a świeże jagody na zaparcia
- olej kokosowy dobrze wpływa na skórę, można go stosować np. do zmywania makijażu
- plamy z jodyny usuniecie spirytusem
- plamy z żywicy zejdą dzięki zmywaczowi do paznokci, ale ostrożnie – może odbarwiać tkaninę
- kamień w czajniku najłatwiej usunąć kwaskiem cytrynowym lub octem
- na odwodnienie najlepszy jest sok jabłkowy rozcieńczony z wodą i słone paluszki (tak, naprawdę, polecone przez lekarza)
- przy antybiotykoterapii najlepsza osłoną jest kefir
- biżuterię dobrze czyści pasta do zębów
- nadmiar soli z zupy pochłonie wrzucony podczas gotowania ziemniak w całości

Będę sukcesywnie dorzucać, może ktoś coś podpowie?

wtorek, 26 listopada 2013

Refleksja na temat... jak wybrać opiekunkę

Na specjalne zamówienie Basi będzie dziś o tym, jak wybrać opiekunkę. Przy okazji uprzedzam, że opieram się głównie na własnych doświadczeniach, wzbogaconych co najwyżej opowieściami i doświadczeniami znajomych.
Problem pierwszy: gdzie szukać?
Sugeruję zacząć od krewnych i znajomych. Rozsyłanie wici po koleżankach, sąsiadach, rodzinie ma ten plus, że trafiona w końcu opiekunka nie jest osobą całkowicie anonimową, a z jej poprzednim pracodawcą można nawiązać bezpośredni kontakt i wypytać o niepokojące nas kwestie. Oczywiście, metoda ta nie daje 100% gwarancji sukcesu, bo co się podoba p. Kasi z 4 pietra, niekoniecznie będzie fajne dla nas, ale, jak to mówią, lepsze zło znane niż nieznane.
Drugą metodą jest szukanie przez Internet. Stron z ofertami pracy dla niań jest kilka, chyba najbardziej popularna i zarazem jedyna, którą sprawdziłam, to niania.pl. Oczywiście, korzystanie z tej strony nie jest darmowe i za umieszczenie ogłoszenia trzeba zapłacić, a wcześniej się zarejestrować. Ale odzew jest duży – po umieszczeniu ogłoszenia już w ciągu pierwszych dwóch godzin dostałam kilkadziesiąt ofert. Inna sprawa, ile z tych ofert miało w ogóle sens – po pierwszych kilku mailach sama zaczęłam się zastanawiać nad podjęciem pracy jako opiekunka – kwalifikacje miałam wyższe, a jeszcze przy okazji po polsku umiem pisać. Ale da się z tej strony też coś wybrać, bo ofert jest naprawdę dużo, rozstrzał wiekowy ogromny, doświadczenia również, że już nie wspomnę o cenach. Dlatego, jeśli znajomi zawiodą, radzę zaplanować kilka dni na przejrzenie ogłoszeń i umówienie się z ewentualnymi kandydatkami na spotkania.
Trzecią, chyba najmniej skuteczną metodą, jest rozwieszanie ogłoszeń w okolicy. Zbyt duże wydaje mi się ryzyko trafienia na oszusta/stkę, dlatego tej metody nie polecam.
Docieramy więc od kroku drugiego: spotkanie z opiekunką. 
Że takie spotkanie trzeba zaplanować, chyba nikogo przekonywać nie muszę. Nawet najbardziej zaufana przyjaciółka może mieć inne poglądy na pożądane cechy przyszłej niani niż my, więc osobiste spotkanie jest absolutnie konieczne. Najlepiej zorganizować je w domu, w obecności dziecka i jego taty. Dlaczego? Bo bardzo dużo mówi o kandydatce zachowanie względem dziecka, które widzi po raz pierwszy, a mężczyzna na pewno będzie miał inne pytania i przemyślenia niż my.
Pierwsze, na co zwracałam uwagę po wejściu potencjalnej niani do nas do domu, to mycie rąk. Gdy dziewczę aspirujące do tej zaszczytnej roli nawet po mojej delikatnej sugestii, że "łazienka jest tam, gdyby chciała Pani umyć ręce", odpowiedziało, że nie ma takiej potrzeby – a przejechało wcześniej autobusem przez pół miasta – rozmowę uznałam właściwie za zakończoną. Przy małym dziecku higiena to przecież podstawa, a już szczególnie gdy chcesz zrobić wrażenie na przyszłym pracodawcy...
Druga kwestia, to wspomniane wyżej zachowanie względem dziecka. Nie ma tu jednej, właściwej reakcji – każdy rodzic musi sam ocenić, czy podoba mu się to, co widzi. Dla mnie ważne było, że niania nie rzucała się od razu na moja córę, szczebiocząc radośnie, ale też jej nie ignorowała. Ta, która uznałam za właściwą, przywitała się z A. kucając przy niej, a potem spokojnie rozmawiała z nami. Okazała w ten sposób zainteresowanie dzieckiem, ale nie była nachalna. Odpadła natomiast w przedbiegach pani, która od wejścia mówiła do mojego dziecka "niunia" i już po pierwszych 5 minutach rozmowy poinformowała nas, co ma zamiar zrobić z naszym dzieckiem: "to ona jeszcze nie śpi w swoim pokoju? Zmienimy to niunia!"
Trzecia ważna kwestia to referencje. Oczywiście, początkująca niania może ich nie mieć, ale ta z doświadczeniem powinna móc chociaż podać telefon do poprzednich pracodawców. Jeśli nie chce tego zrobić, to powinien nam się włączyć alarm. Warto też zwrócić uwagę na to, jak opiekunka wyraża się na temat wcześniejszych podopiecznych – jeśli negatywnie, warto się zastanowić dwa razy przed podjęciem współpracy.
Rozmowa z potencjalną nianią to sprawa bardzo indywidualna, ale ja radze zawsze zapytać o kilka podstawowych kwestii: np. co myśli o karach cielesnych, jakie ma sposoby na "trudne" sytuacje, czy ma doświadczenie w przestawianiu na nocnik, jak widzi kwestie żywienia, czy pali, czy lubi spacery itp. Wszystko, co jest dla Was ważne, powinno być ustalone na początku, a nie dopiero po podjęciu decyzji! Bardzo ważne jest, żeby wyłapać na tym etapie kwestie potencjalnie sporne, bo później może się to stać przyczyną stresu zarówno dla was, jak i dla Waszego malucha. Pytanie o życie osobiste, posiadanie dzieci, powody, dla których niania wykonuje taki zawód (to szczególnie w przypadku osób w średnim wieku) itp. też bywają potrzebne, warto stworzyć sobie obraz takiej osoby i jej codzienności.
Radzę też, żeby obserwować własne dziecko i jego reakcję na tę konkretną osobę. Dzieci, tak samo jak my, mają swoje "typy", jeśli więc maluch od razu zaczyna płakać lub wykazuje niepokój (i nie jest to jego standardowa reakcja na nowe osoby), to można założyć, że coś w niani mu nie pasuje – a to nie wróży dobrze na przyszłość.
Na koniec, kiedy macie już pewność, co do doświadczeń i deklarowanych metod wychowawczych (te prawdziwe weryfikują się z czasem niestety) potencjalnej opiekunki, radze poruszyć kwestie finansów i umowy: ile, za ile (za godzinę, za miesiąc, za dzień?), od kiedy, na umowę czy na czarno, co z urlopami, wieczornymi wyjściami itp. Dobrze jest tez dopytać o wykonywanie ewentualnych obowiązków domowych: jedna niania nie zmyje po sobie nawet kubka, a inna wysprząta Wam całe mieszkanie, ale warto tym porozmawiać najpierw, żeby się nie okazało, że za podgrzanie zupy liczy sobie od minuty podgrzewania;).
Wyszło tego dużo, a pewnie i tak nie wyczerpałam tematu. Do powyższych kwestii na pewno dojdzie jeszcze zwykła intuicja – po prostu musi między Wami zaiskrzyć. Niania wejdzie w Wasze życie i zostanie z Wami przez dłuższy czas. Chcąc nie chcąc, będzie uczestniczyła w Waszych codziennych zmaganiach z rzeczywistością, stanie się niemal członkiem rodziny i jedną z najważniejszych osób dla Waszego dziecka. Nie bójcie się więc przemaglować ją od a do z – dobra niania to zrozumie i jeszcze sama zada Wam kilka pytań. I nie ufajcie tym, co się na wszystko zgadzają, od razu są podejrzane;)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Refleksja na temat... opiekunka czy żłobek?

Kilka osób pytało mnie już o to, jak wybrać opiekunkę i czy opiekunka jest lepsza niż żłobek. Pomyślałam więc, że zbiorę w jednym miejscu przemyślenia na ten temat, a nuż widelec się komuś przydadzą?
Zacznę od truizmu: najlepsza to na ogół jest mama. Ale jak wiadomo, mama zestresowana brakiem pieniędzy lub niezrealizowaną potrzebą rozwoju, zamiast wspierać swoje dziecko, będzie się frustrować. Nie każda z nas, niestety, ma możliwość zostania w domu z dzieckiem lub skorzystania z pomocy babci.
Wtedy pojawia się dylemat, co lepsze dla dziecka: żłobek czy opiekunka?
Odpowiedź jest prosta: zależy, jaki żłobek i jaka opiekunka. No dobrze, żartowałam. Zakładamy, że rozmawiamy o dobrym żłobku i dobrej opiekunce (o tym, jaka powinna być dobra opiekunka, to może w następnym poście).
Najpierw o żłobku.
Największym plusem żłobka jest niezaprzeczalnie cena – bez względu na to, czy jest to żłobek państwowy czy prywatny, na ogół kosztuje mniej niż opiekunka, a do tego odpadają jeszcze koszty żywienia, prądu i wody, które rosną gwałtownie wraz z pobytem dziecka w domu. Obecność wykwalifikowanej kadry (choć to oczywiście kwestia dyskusyjna, czy ktoś świeżo po studiach jest wykwalifikowaną kadrą) również może być ważna, w końcu przecież wychowawczynie kończą jakieś tam studia, a ponadto mają nad sobą nadzór w postaci dyrektora, pedagoga itp., czyli teoretycznie pełna kontrola i fachowość. Jednak najczęściej wymienianym argumentem za żłobkiem jest socjalizacja, czyli w dużym uproszczeniu kontakt z innymi dorosłymi i z dziećmi. Ja się z tym argumentem nie zgadzam i wręcz ośmielam się twierdzić, że to bzdura. Po pierwsze, dziecko uczy się wchodzenia w kontakt i budowania relacji od osób najbliższych: mamy, taty, dziadków, obserwując ich w warunkach "naturalnych". Obserwuje, powtarza, uczy się, zarówno tego, jak się komunikować, jak i tego, jak okazywać emocje, zachowywać się w konkretnych sytuacjach itp. Natomiast w żłobku sposoby komunikacji są odgórnie narzucone i dziecko nie ma możliwości obserwowania tak szerokiego spektrum zachowań, jak w domu. Brzmi to naukowo, ale chodzi po prostu o sztuczność narzuconej sytuacją relacji wychowawca – dziecko. Jeśli natomiast chodzi o kontakt dziecko – dziecko, to warto pamiętać, że do trzeciego roku życia trudno mówić o wspólnej zabawie dzieci, bo w tym wieku poświęcają się one głównie zabawie równoległej. Owszem, uczą się od siebie nawzajem, ale nie jestem zbytnio przekonana do tezy, że uczą się dzielenia, bycia razem itd. W moim odczuciu uczą się przede wszystkim walki o swoje – w końcu po paru miesiącach bycia jedynakiem, nagle stają się tylko jednym z wielu i w dodatku muszą dzielić się zabawkami z innymi, co dla takiego malucha wcale nie jest proste.
Ostatnim wymienianym, a w dzisiejszym świecie najszerzej omawianym aspektem jest rozwój dziecka. Słyszałam wiele opinii, że dziecko w żłobku rozwija się lepiej, ale nie jestem przekonana co do ich słuszności. Owszem, dziecko żłobkowe szybciej uczy się samodzielności, a to z tej prostej przyczyny, że wychowawczynie nie mają szans poświęcać pojedynczemu maluchowi tyle uwagi, co mama czy opiekunka. Ponadto, w żłobkach szybciej przestawia się dzieci na nocnik, szybciej uczy się samodzielnego jedzenia, zasypiania itp. Ma to swoje plusy, ale ma też jeden minus: każdy maluch ma swój "tryb", więc nie zawsze dzieci w tym samym wieku są na tym samym etapie rozwoju, a co za tym idzie, niektórym będzie trudniej poradzić sobie na przykład bez pieluchy. Jeśli zaś chodzi o inne elementy rozwoju, to zdecydowanie uważam, że dobra, mądra opiekunka da dziecku o wiele więcej, niż wszystkie żłobki razem wzięte.
Myśląc o żłobku, warto jeszcze zawsze potraktować sprawę bardziej indywidualnie i zastanowić się, czy dla tego konkretnego, Waszego egzemplarza, żłobek jest optymalna opcją. Są dzieci "żłobkowe", które doskonale sobie poradzą i będą się tam świetnie czuły, ale są też takie, dla których żłobek będzie stresem i udręką przez cały okres przebywania w nim (szczególnie wrażliwcom nie polecam takiej formy opieki).
A teraz trochę o nianiach.
Dobra niania jest naprawdę na wagę złota. Do jej największych plusów należy poświęcanie dziecku pełnej uwagi. Macie gwarancję, że wasz maluch będzie najedzony, wyspany, zabawiony, zaopiekowany – i to wszystko w odpowiednim dla niego czasie i formie. Indywidualna opieka daje gwarancję rozwoju dostosowanego do możliwości dziecka – bez niepotrzebnego przyspieszania czy opóźnień. Nie będziecie się też martwić o zwolnienia – jeśli dziecko jest chore, niania zajmie się nim na pewno równie troskliwie, a wy nie wkurzycie szefa kolejnym wolnym dniem. Również poczucie bezpieczeństwa Waszego malucha jest mniej narażone, bo po pierwsze, opieka odbywa się na znanym dziecku terytorium (w domu), a po drugie możecie zazwyczaj indywidualnie dopasować czas adaptacji. W żłobku na ogół adaptacja trwa 3 dni, z opiekunką możecie ustalić dłuższy czas – polecam to szczególnie w przypadku roczniaków, dla których rozstanie z mamą jest wyjątkowo trudne. Istotne jest też dopasowanie metod wychowawczych i czasu ich wprowadzania do potrzeb Waszych i Waszego malucha. W żłobku nie macie wpływu na to, czego dziecko się uczy – z opiekunką możecie ustalić, co jest dla Was najważniejsze w wychowaniu.
Ale, żeby nie było za różowo, zatrudnienie niani ma też kilka wad, a największą z nich jest nieumiejętność samodzielnej zabawy. Większość opiekunek bowiem będzie poświęcać dziecku każdą chwilę, zabawiać, uczyć, przez co maluch nie będzie umiał się sobą później zająć. Oczywiście, można ustalić z nianią, że jakiś czas poświęca ona na czynności inne niż zabawa, ale to zdecydowanie za mało, poza tym cóż innego ma robić? Prasować Wam bieliznę (no, w sumie...;)? W żłobku natomiast jest większa szansa, że dziecko będzie skazane samo na siebie, a co za tym idzie, skupi się przez dłuższy czas na samodzielnej zabawie. Niewątpliwym minusem niań są też kwestie żywieniowe – po pierwsze, to Wy musicie gotować (żłobek to ogromna wygoda pod tym względem, choć w domu macie większą możliwość kontrolowania tego, co dziecko je), a po drugie większość znanych mi niań ma tendencje do przekarmiania dzieci. Nie wiem, z czego to wynika, ale nianie bardzo lubią karmić swoich podopiecznych – przy okazji pozbawiając ich też samodzielności, bo karmią dosłownie.:)
Argumentem przeciw opiekunce jest też ograniczenie kontaktu z rówieśnikami, ale to można nadrobić, wysyłając nianię z dzieckiem na place zabaw lub do klubów malucha, bądź też organizując spotkania z dzieciatymi znajomymi. Na ten okres rozwoju to stanowczo wystarczy.
Podsumowując, po swoich doświadczeniach i obserwacjach, każdemu poleciłabym nianię. I nie martwiłabym się o to, że Wasze dziecko będzie rozpieszczone i egoistyczne, bo wszystko zależy od sposobu wychowywania, a potem i tak będzie jeszcze przedszkole... Ale nianię tez trzeba umieć wybrać, o czym następnym razem.