Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 listopada 2020

Dlaczego nie będę już oklaskiwać medyków


Ostatnie miesiące wyniosły personel medyczny na piedestał. Na wiosnę biliśmy im brawo, bo przecież to oni na tej pierwszej linii frontu, w ciągłym zagrożeniu. Media rozpisywały się o odwadze, poświęceniu, a każda śmierć pielęgniarki czy lekarza była szeroko omawiana. Trochę mniej chwały spadało na ratowników medycznych – ale to jak zwykle, przecież to grupa od lat niedoceniana i marginalizowana, choć myślę sobie dzisiaj, że to tak naprawdę prawdziwi bohaterowie pandemii.

Ja też biłam to brawo, na fali emocji i w poczuciu, że się należy. I może nadal bym klaskała, gdyby nie bezpośrednia styczność ze służbą zdrowia przez ostatnie tygodnie. Nagle, w sytuacji kryzysowej z dużą siłą odczułam fakt, że gdy zderzasz się z covidem, nie system ma znaczenie, nie procedury, nie ustawy i rządowe decyzje. Największym rozczarowaniem okazuje się człowiek.

Drzewo złego i dobrego
Gdy Ewa zrywała jabłko, nieświadomie podzieliła ludzi. Teraz, w obliczu pandemii, coraz silniej wybrzmiewają słowa Ireny Sandlerowej: „Ludzi należy dzielić na dobrych i złych. Rasa, pochodzenie, religia, wykształcenie, majątek – nie mają żadnego znaczenia. Tylko to, jakim kto jest człowiekiem…”
Gdy w mojej rodzinie pojawił się koronawirus miałam okazję zweryfikować te słowa – z podwójną mocą wybrzmiewały one podczas tygodni niepewności i lęku.
Już wiem, nie tylko z własnych doświadczeń, ale i wielu moich przyjaciół, z czym przede wszystkim mierzą się pacjenci covidowi – z przerażającym brakiem wiedzy na temat choroby ze strony lekarzy „niecovidowych”, z brakiem wsparcia zarówno z ich strony, jak i ze strony personelu na ostrych dyżurach, całkowitą bezradnością i niewiedzą dotyczącą tego, jak należy postępować, czym się leczyć, kiedy trafić do szpitala… Pacjent z covidem zostaje tak naprawdę sam z chorobą, o której nic nie wie, lękiem potęgowanym przez sytuację i media, poczuciem odbijania się od ściany przy każdym kontakcie ze służbą zdrowia.
Najtrudniejszym doświadczeniem był kontakt z ludzką arogancją i brakiem empatii.
Lekarza, który zlekceważył obawy starszego człowieka chorego na COVID i odesłał go do domu w ciężkim stanie, mówiąc, że „musi przechorować”.
Pielęgniarki, której nie starczyło empatii, by podłączyć ciężko choremu ładowarkę do telefonu, przez co nie pożegnał się przed śmiercią z rodziną.
Lekarki, która nie informowała swojego pacjenta w szpitalu o jego wynikach z sobie tylko wiadomych powodów, przez co zarówno on, jak i jego rodzina, nie mieli pojęcia, jak i na co jest leczony.
Ratownika, który odmówił przyjazdu do pacjenta z covidem i kazał zawieźć go do szpitala żonie, która również miała covid.
Lekarki na OIOMIE, która z ironią stwierdziła, że przecież saturacja 84 i zakrzepica to jeszcze żaden dramat i w gorszym stanie ludzie przyjeżdżają - w nocy ten sam pacjent miał już saturację dużo niższą, zagrażającą życiu.
Farmaceutki, która słysząc od klientki, że jej tata leży pod tlenem w szpitalu z covidem, miała jeszcze czelność powiedzieć, że no tak, przykre, ale tak ogólnie to na grypę też ludzie umierają.
Pani kardiolog, która nakrzyczała na ozdrowieńca mającego pocovidowe problemy z sercem, że nie powinien przychodzić na osobistą wizytę, bo może ją zarazić.
To tylko kilka drobnych przykładów tego, jak pod wpływem presji (tak, biorę pod uwagę ten czynnik) i arogancji, poczucia wyższości, wychodzi z ludzi brzydka cecha – ignorancja połączona z brakiem empatii. 
I choć staram się rozumieć, usprawiedliwiać, odnaleźć w sobie współczucie, nie będę już biła im braw. Bo te oklaski nie należą się wszystkim medykom. Powiem więcej, najczęściej należą się tym, którzy się o nie nie dopominają – po prostu robią kawał dobrej roboty i mają wielkie serca. Niestety nie mogę tego powiedzieć o dużej części lekarzy, z którymi miałam styczność.

Iskra życzliwości
A jednak jest w tym światełko nadziei, za sprawą garstki niezwykłych ludzi, których mieliśmy szczęście poznać. Takich, którzy po cichu i z niezwykłą pokorą naprawdę walczą o życie i zdrowie swoich pacjentów. Nie mają wypasionych samochodów i pięknych mieszkań, za to mają wielkie serce i ogromną wiedzę. Interesują się pacjentem i może dlatego nie mają czasu biegać po telewizjach śniadaniowych i zgarniać kasy z kolejnych prywatnych gabinetów.
I im, tej garstce, nadal będę bić brawo.
Endokrynologowi, który dzwonił codziennie do mojego Taty, gdy ten chorował – choć już dawno Tata nie jest pod jego opieką.
Młodemu lekarzowi, który na OIOM otulił mojego dygoczącego z choroby Tatę kurtką.
Lekarce, która 40 minut reanimowała człowieka na tym samym OIOM-ie.
Koledze ratownikowi, który uświadomił, mi, że istnieje takie urządzenie jak pulsoksymetr, co naprawdę uratowało mojemu Tacie życie.
Pielęgniarce, bardzo zmęczonej, która odbierała ode mnie pod szpitalem ciężką torbę i jeszcze miała dla mnie uśmiech na twarzy.
Ratownikowi, który z empatią i spokojem obejrzał moją przerażoną chorobą Mamę.
Pielęgniarkom szpitala zakaźnego na Szaserów, które mimo potwornego zmęczenia, masek na twarzy, kombinezonów, miały dla pacjentów żart, dobre słowo i ogrom troski.
Lekarce z POZ, która dzwoniła codziennie do pacjentów z COVID-em, choć nie musiała i nie potrafiła medycznie już więcej zrobić – ale po prostu dodawała im otuchy.

Gdy mnożysz, więcej wraca
Zaproponowałam ostatnio na FB pomoc każdemu, kto przechodzi COVID i boi się, ma pytania, wątpliwości. Nie jestem lekarzem, więc pomocy medycznej nie udzielę, ale mogę chociaż wesprzeć kogoś swoją zdobytą niedawno wiedzą na temat procedur, działań, lekarzy, do których warto się zwrócić.
A moja propozycja wynikała między innymi z tego, że poza medyczną stroną sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, była jeszcze niezwykła moc dobra i życzliwości, która nas otoczyła. To ludzie, bliżsi i dalsi, którzy przez kilka tygodni, ofiarowywali nam wsparcie, swój czas, modlitwę. W najgorszych momentach, w największym strachu, mieliśmy poczucie, że nie jesteśmy sami. Wstrząsające były dla mnie słowa mojego Taty, że w najtrudniejszej chwili pobytu w szpitalu, czuł siłę modlitwy i dobrych myśli, którymi otoczyli go jego przyjaciele, rodzina, znajomi, a nawet osoby zupełnie mu obce.

Moja koleżanka, zupełnie obca mojemu Tacie osoba, zamówiła koronkę w jego intencji.
Rodzice znajomych, również nam nieznani, modlili się codziennie.
Troje moich znajomych zadeklarowało oddanie osocza dla Taty.
10 obcych osób przepuściło mnie w kolejce do apteki, widząc jak bardzo jestem przerażona.
Sąsiedzi zaoferowali pomoc w zakupach.
Przyjaciele przywozili gorący rosół i pyszny kisiel na wzmocnienie.
Cała rzesza ludzi, którzy mimo różnego stopnia zaawanasowana relacji, dzwonili i pisali do nas z troską.
Nie da się wyliczyć wszystkich, którzy byli przy nas w tamtym momencie. Ale to Wam kochani – znani mi i nieznani – należą się największe brawa.

„Przygoda” mojej rodziny z covidem skończyła się na szczęście dobrze – dzięki wsparciu kilku niezwykłych osób, które zrobiły wszystko, co w ich mocy, by nas wesprzeć. Nie wiem, jak bez dobroci tych osób, przetrwalibyśmy ten straszny czas, bo niestety ci, którzy powinni stanowić dla nas autorytety, dać nam poczucie bezpieczeństwa, zawiedli na całej linii.


wtorek, 7 lipca 2020

NIE BÓJ SIĘ BAĆ


Gdy to piszę, mamy epidemię, czy też, jak podaje WHO, pandemię koronawirusa. Wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji nowej, nieznanej, bo nawet najstarsi takiej nie przeżyli. O tego typu wydarzeniach czytaliśmy może książki, ale nikt nie przygotował nas na to, jak sytuacja będzie wyglądała w naszej aktualnej rzeczywistości.

A wygląda dość przerażająco, prawda? Liczba chorych rośnie z dnia na dzień, z zagranicy docierają straszne wiadomości dotyczące liczby ofiar, w nagłówkach gazet, portali i w telewizji dominują czerwone paski, wykrzykniki, słowa wirus, epidemia, śmierć odmieniane są przez przypadki. Część ludzi zamknęła się w domu, inni, którzy nie mogą lub nie chcą, próbują żyć z dnia na dzień. Wszystkim nam jednak towarzyszy lęk, niepewność jutra, bezradność i… złość. Tak, ta ostatnia też bardzo wyraźnie przebija się przez paletę emocji, którą obserwujemy w reakcjach społecznych. Złościmy się na tych, którzy wrócili z zagranicy z chorobą, na rząd, na lekarzy, na Chiny, na Włochy, a w mniejszej skali na panią w sklepie, że stoi zbyt blisko lub zbyt daleko, chłopaka, który zakasłał w autobusie, czy matkę z dzieckiem na placu zabaw. Ale złość ta również podszyta jest lękiem o siebie i swoich bliskich.

Bo ta sytuacja uruchamia w nas mechanizm walcz lub uciekaj, dociera do głębi naszych potrzeb, z których podstawowe są przecież potrzeba poczucia bezpieczeństwa i przynależności – a te właśnie dwie nie mogą być realizowane! Straciliśmy grunt pod nogami, nasza codzienna rutyna została nam odebrana, świat wydaje się pełen zagrożeń, a to, co do tej pory stałe, stabilne, jest kruche i chwiejne.

Pierwsze, co robimy w takiej sytuacji, to poszukiwanie winnego. Stąd wysyp teorii rozmaitych: spiskowych, ze to broń biologiczna, którą stworzyły Chiny lub USA, i coś wymknęło się z spod kontroli; albo ekologicznych: to ziemia próbuje nam dać znać, ze ją wykańczamy, broni się w ten sposób przed działalnością człowieka; społecznych – to przeludnienie, za duża migracja, szczepienia itp., aż w końcu indywidualnych: to przez tego jednego gościa, który na bazarze w Wuhan zjadł nietoperza.

Jaka jest prawdziwa przyczyna, być może nigdy się nie dowiemy, a być może jest ich wiele różnych. Niemniej jednak nasza psychika poszukuje odpowiedzi, bo gdy już znajdziemy winnego, może przejść dalej, do szukania sposobów radzenia sobie.

Tych sposobów jest wiele – można unikać, np. informacji o chorobie, kontaktu z innymi, życia w ogólności, pozostając w całkowitej izolacji. Można przeformułować, tłumacząc sobie, jakie będą pozytywne skutki epidemii, np. więcej czasu dla rodziny czy czystsze powietrze, albo można wypierać, wmawiając sobie, że to choroba jak każda i właściwie niczym nie różni się od grypy. Każdy z tych sposobów daje nam inny efekt, ale odpowiada na jedną z naszych ważniejszych potrzeb: potrzebę kontroli.

Kontrola najwyższą formą zaufania

Jedni mają ją w nadmiarze i to oni teraz najbardziej cierpią, inni trochę mniej ją odczuwają, więc funkcjonują odrobinę lepiej, ale wszyscy próbujemy oswoić rzeczywistość poprzez kontrolowanie otaczającego nas świata. Dlatego już w pierwszych dniach z półek zniknął papier toaletowy i mydło, apteki rejestrują gigantyczne obroty, a żele do rąk i maseczki osiągają absurdalne ceny. Tak, nie mamy wpływu na wirusa, więc zajmujemy się tym, na co mamy wpływ: zabezpieczeniem siebie i bliskich.

Czy ma to sens? Z punktu widzenia medycyny, niekoniecznie. Papier toaletowy raczej nas nie chroni przed zarażeniem, a maseczki i żele potrzebne są przede wszystkim tym, którzy są w grupie najwyższego ryzyka. Ale z punktu widzenia emocji to już zupełnie inna bajka. Zakupy, rzeczy mogę kontrolować. Kupienie 10 opakowań papieru daje mi poczucie, że coś zrobiłem, że nie siedzę bezczynnie, nie jestem zupełnie bezradny. No i wspiera producenta papieru, ale to już skutek uboczny.

Podobnie działają na nas konkretne i w pełni uzasadnione czynności, mające na celu obniżenie ryzyka zarażenia: mycie rąk, unikanie skupisk ludzkich, ograniczenie wychodzenia z domu, robienia zakupów, rezygnacja z niezbyt pilnej wizyty u lekarza itp. Wdrażamy je, podejmując codzienne małe decyzje, jak ta, żeby przy jednej wizycie w piekarni kupić więcej chleba, zamiast każdego ranka do niej chodzić, czy żeby katar leczyć w domu, a nie biec z nim do przychodni. Tę potrzebę kontroli niektórzy realizują też poprzez działanie na rzecz innych. Robią zakupy sąsiadom, opiekują się dziećmi znajomych, wpłacają datki na organizacje walczące ze skutkami epidemii.

Niestety jednak, choćbyśmy nie wiem, ile rzeczy kupili, i nie wiem, ilu osobom pomogli, nadal nasze poczucie bezpieczeństwa jest silnie zaburzone, a to prowadzi do kolejnych kroków: kontroli sytuacji poprzez zdobywanie informacji. Ładnie się rymuje, ale nie zawsze ma dobry skutek. Kompulsywne czytanie lub oglądanie wiadomości, przeszukiwanie portali medycznych, czytanie książek na temat epidemii („Dżuma” przeżywa swoją drugą młodość!) – to elementy kontrolowania sytuacji poprzez pogłębianie wiedzy. Jeśli skutkują tylko wdrożeniem zdroworozsądkowych nawyków typu mycie rąk czy niewychodzenie bez potrzeby z domu, to jest dobrze – dane statystyczne, fakty, oficjalne wytyczne – one pomagają nam uporządkować rzeczywistość. Gorzej gdy łykamy wszystkie informacje niczym głodny pelikan śledzia, a w efekcie karmimy głównie swój lęk i wzmacniamy poczucie bezradności. Nasze nadnercza, przysadka mózgowa i wiele innych części układu nerwowego odpowiedzialnych za reakcje stresowe mają wtedy nadprodukcję, a to osłabia nie tylko naszą psychikę, ale też i ciało. Do tego dodajmy jeszcze zalew fake newsów, opinii wszelakich „ekspertów”, którzy są znani z tego, że są znani, oraz dramatycznych historii, które bombardują media społecznościowe i dezorientują nas na każdym kroku. Łykać ten Ibuprom czy nie? Maseczkę nosić wszędzie i zawsze czy tylko gdy jestem chory? Czy w Warszawie naprawdę są już czołgi i kordon sanitarny? (nie, nie ma, uspakajam od razu). Wydaje nam się, że zdobywając informacje, mamy większą kontrolę, ale jest zupełnie odwrotnie – tracimy ją coraz bardziej z każdą kolejną nieprawdziwą lub nadmiernie rozdramatyzowaną wiadomością.

Wakacje od relacji

Poza potrzebą poczucia bezpieczeństwa i związaną z nią potrzebą kontroli mamy jeszcze wielką potrzebę poczucia przynależności. To jest to pragnienie, które sprawia, że chcemy stać się częścią czegoś większego, grupy, społeczeństwa, rodziny. Dziś, gdy zostaliśmy w dużej mierze odseparowani, odcięci od dotychczasowych relacji, ta potrzeba u wielu osób pozostaje niezaspokojona. Młodzi ludzie, korzystający na co dzień z mediów społecznościowych, jakoś sobie z tym radzą, kontynuując swoje znajomości wirtualnie, łącząc się pod hasztagami (np. #zostańwdomu) czy tworząc sieć wsparcia (np. biorąc udział w akcjach pomocowych typu Pomoc dla seniora, zrzutkach itp.). Gorzej z osobami starszymi, które w tym momencie nie tylko zostały odcięte częściowo od rodziny, ale i od swoich codziennych aktywności, takich jak spacer do sklepu czy pogawędka z sąsiadką. Izolacja, lęk i niepewność jutra mogą być tragiczne w skutkach. To dlatego tak dużo się teraz mówi o tym, by wspierać osoby samotne, schorowane i starsze. I to jedna z wielu przyczyn, dla których tak wiele ludzi mimo ostrzeżeń i zaleceń nadal spotyka się w większych grupach. Nasza potrzeba więzi, relacji jest bardzo silna, i jeśli nie mamy jej gdzie realizować, a do tego straciliśmy poczucie kontroli i bezpieczeństwa, czujemy się całkowicie bezradni.

Po drugiej stronie są natomiast te osoby, które przez kwarantannę, nadzór epidemiologiczny czy po prostu z własnej woli są zamknięte z rodziną w domach. Pal licho, jeśli jest to domek, w którym można ukryć się w jednym z wielu pokoi lub wyjść do ogrodu. Gorzej, jeśli kwarantanna dorwie ciebie i twoją czteroosobową rodzinę na 30 metrach kwadratowych. W mediach społecznościowych już roi się od rodziców narzekających na bycie non stop z dziećmi, które z nudów zamieniają mieszkanie w pole walki, proroków przewidujących falę rozwodów lub wręcz odwrotnie, co mi się zdecydowanie bardziej podoba, nagły przyrost naturalny, czy stron i kanałów, na których setki specjalistów radzą, jak przetrwać te dramatyczne dwa tygodnie w domu. Jak widać, i tak źle, i tak niedobrze, choć z mojej psychologicznej perspektywy nasz lęk przed spędzaniem czasu w domu z najbliższymi daje niezbyt dobre świadectwo o kondycji naszych więzi rodzinnych.

Lęk (nie)oswojony

Nasze potrzeby emocjonalne w obliczu epidemii pozostają niezaspokojone i wielu z nas już teraz boryka się z kryzysem emocjonalnym. Nie będę tu dawała złotych rad w stylu: staraj się o tym nie myśleć lub znajdź sobie zajęcie, bo ani ja, ani inni specjaliści, nie wiemy jeszcze, co tak naprawdę w takiej sytuacji robić. Mogę co najwyżej napisać, jakie zasady mogą nam pomóc przetrwać ten emocjonalny rollercoster.
Nie bójmy się bać – lęk jest naturalny i warto to zaakceptować. Pozwólmy sobie na zmartwienia, może nie cały czas, ale też nie próbujmy na siłę być silni. Mamy prawo do słabości.

Dbajmy o relacje z innymi na odległość – dzwońmy do siebie zamiast pisać SMS-y czy mailować, rozmawiajmy w domu o tym, co się dzieje, pamiętajmy o tych, którzy są sami.

Filtrujmy wiadomości – nie bądźmy jak pelikan, wybierajmy tylko wysokiej jakości pożywienie dla naszych umysłów. Zaglądajmy do wiadomości dwa, a nie 12 razy dziennie.

Stwórzmy sobie nową rutynę – codzienne aktywności można zmienić, dostosujmy je do sytuacji, miejmy stałe punkty dnia. Zróbmy w domu to, co do tej pory odkładaliśmy.

Bądźmy wyrozumiali i cierpliwi w stosunku do siebie i innych. Nikt z nas nie wie, jak sobie w tej sytuacji radzić, a to znaczy, że jedziemy wszyscy na tym samym wózku. Nikt jeszcze nie opatentował sposobu na przetrwanie epidemii. Ale pamiętajmy też, że wózek niektórych: lekarzy, ekspedientów w sklepach, ratowników medycznych, farmaceutów jedzie po trochę gorszej drodze, więc starajmy się być życzliwi do tych, którzy dbają o zaspakajanie naszych fizycznych potrzeb.

Wielu zastanawia się, jak świat będzie wyglądał, gdy to wszystko się skończy. Czy nastąpi jakiś przełom? Ludzie zaczną inaczej myśleć? Czy zbiorowa trauma, jaką jest pandemia, zmieni ludzkość i zaczniemy bardziej dbać o otaczający nas świat, a mniej skupiać się na posiadaniu? Niektórzy chcą wierzyć, że tak, że doświadczenie izolacji, lęku o życie, ograniczenie konsumpcji, sprawi, ze od mieć, przejdziemy znowu do być. Inni uważają, ze po epidemii po prostu wrócimy na utarte ścieżki autodestrukcji. Ja plasuję się gdzieś po środku, uważam, że świat się zmieni i nasze myślenie też, ale niestety nie jestem tak optymistyczna, by wierzyć, że będzie to zmiana trwała, bo jak pokazuje to historia, człowiek ma niezwykłą umiejętność przetrwania nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a potem równie niezwykłą umiejętność ignorowania wniosków z nich płynących.