Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla rodziców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla rodziców. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2020

Rozmowa z dzieckiem

"Dialog, w którym godność stron jest jednakowo ceniona, pozwala każdemu wypowiedzieć swoje myśli, uczucia, marzenia, potrzeby i cele."

Jesper Juul 
Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie

Nie jestem żadną wielką specjalistką od dzieci, ale muszę się podzielić bardzo ważnym spostrzeżeniem, które może komuś pomóc w komunikacji z dzieckiem. Ja mam to szczęście, że moje lubi mówić i opowiada, co u niej się dzieje, choć człowiek nigdy nie wie, jak długo to jeszcze potrwa.
Ale ja uwielbiam pracować z dziećmi i zauważyłam kilka bardzo ważnych zasad:
- Kiedy dziecko samo Ci coś opowiada ważnego, nie lubi być zasypywane wnikliwymi pytaniami, bo wtedy ma poczucie, że jest przesłuchiwane. Pytania muszą więc być subtelne i otwarte, żeby mogło mówić dalej.
- Dziecko musi mieć pewność, że to, co do niego mówisz, zostanie u Ciebie. Najgorszym błędem rodziców jest opowiadanie tych rozmów innym. Dziecko czuje się zdradzone, gdy usłyszy, że opowiadasz komuś innemu to, co Ci powiedziało w zaufaniu. To samo dotyczy opowieści o innych dzieciach. Jeśli np. dziecko powie Ci, że koleżanka okłamuje rodziców, a Ty pójdziesz z tym do tych rodziców - masz gwarancję, ze Twoje dziecko więcej Ci nic nie opowie.
- Kiedy dziecko nie chce rozmawiać i odpowiada półsłówkami, daj mu spokój. Pozwól mu przez jakiś czas zostać samemu z myślami. A potem przyjdź, usiądź lub kucnij, żeby mu patrzeć w oczy i zapytaj, czy chciałoby Ci coś powiedzieć. Jeśli nadal nie jest gotowe, powtórz procedurę.
- Dzieci nie chcą mówić, jeśli wiedzą, że po tym, co powiedzą nastąpi kazanie.
- Dzieci nie chcą mówić, jeśli z nich żartujesz i ironizujesz.
- Dzieci nie będą mówić, gdy zbagatelizujesz ich problemy.
- Twoje historie z dzieciństwa, o wpadkach, porażkach, głupich zachowaniach, mogą pomóc otworzyć rozmowę. Dzieci uwielbiają słuchać historii, w których Ty jako dziecko coś narozrabiałeś.
- Umowy z dziećmi i obietnice są niezwykle ważne. Jeśli ich nie przestrzegasz, tracisz zaufanie i to bardzo szybko.
- Jeśli uczysz dziecko uczciwości, nie możesz kłamać - świat dzieci jest bardzo czarno-biały.
- Kiedy rozmawiasz z dzieckiem, musisz być all in - ono musi mieć poczucie, że to, co mówi, jest dla Ciebie ważne, nawet jeśli temat wydaje się być nieważny.
- Dzieci najwięcej mówią przypadkiem, podczas opowieści pozornie nieistotnych, więc uważne słuchanie może odkryć przed Tobą niezwykłe tajemnice.
- Dziecko, które nie ma zaufania do dorosłych, nie będzie im mówić trudnych rzeczy - to jest ostatnia i najważniejsza zasada. Jeśli uważa, że rodzic nie udźwignie lub nie potraktuje poważnie problemu, po prostu o tym nie powie. Uświadomiłam to sobie wyraźnie, gdy moja córka podczas oglądania Harry'ego Pottera powiedziała, że gdyby Harry miał rodziców, to mógłby im powiedzieć o różnych rzeczach, które się dzieją, a tak ciągle musi radzić sobie sam i dlaczego Ron nie powiedział mamie i tacie o horkruksach?!

środa, 22 lipca 2015

Bajki dla dzieci...?

Z racji posiadania w domu 4-latki jestem bardzo na bieżąco z rozmaitymi filmami i serialami dla dzieci. Sama uwielbiam bajki, dlatego oglądamy je często razem i mamy z tego zazwyczaj kupę radochy. Niestety, ostatnio okazało się, że muszę oglądać nowe produkcje zanim pokażę je dziecku, bo ich treść absolutnie w moim odczuciu się dla 4-latka nie nadaje, mimo określania ich mianem "bajek". Dlatego zrobiłam tu małe zestawienie, w którym podzieliłam (bardzo subiektywnie) znane mi animacje na "nie puszczaj tego dziecku", "możesz puścić, ale..." i "możesz włączyć i zająć się sobą". Choć do tej pory "przetestowaliśmy" kilkadziesiąt tytułów, nie ma na nie tu miejsca, więc wymieniam w każdej kategorii tylko kilka. Nie mamy telewizora, więc są to głównie bajki dostępne w Internecie. Zwracałam głównie uwagę na poziom agresji i hałasu, elementy wywołujące lęk, prostotę fabuły i elementy nazwijmy to "edukacyjne". Może ktoś w komentarzach będzie chciał dodać jakieś tytuły i oszczędzi mi oglądania kolejnych animacji?
Bajki nie dla dzieci
Zacznijmy więc od pierwszej kategorii, "nie puszczaj tego dziecku", czyli w moim odczuciu bajek niebezpiecznych. Bajka niebezpieczna jest pełna agresji. Jej bohaterowie więcej krzyczą niż mówią, wyzywają się od głupków, tępaków itp. Akcja toczy się w szybkim tempie i jest w niej dużo napięcia. Zwroty akcji bywają bardzo dramatyczne, a dialogi są niezrozumiałe dla dzieci i wypełnione dwuznacznymi żartami. Za niebezpieczne uważam na przykład kucyki Pony, Truskawkowe Ciastko, Gumisie (tak, wiele dzieci boi się tej bajki!), większość aktualnie wyświetlanych na Cartoon Network (koszmarnie hałaśliwe i agresywne), a także większość animacji japońskich. Ale jest też inna kategoria, którą uważam za szkodliwą (choć nie tak bardzo): bajki ogłupiające. Ich treść zazwyczaj wydaje się bezpieczna i miła, ale bardzo zubażają język i myślenie dziecka. Do takich bajek należą np. Teletubisie. W tej kategorii umieściłabym też Muminki, bo choć książka jest cudna, to film jest mocno psychodeliczny, a postacie bardzo głośne, momentami wręcz agresywne.

Bajki, które nie szkodzą
Druga kategoria, "możesz puścić, ale...", to bajki, które może nie zaszkodzą, ale też zbyt wiele nie dadzą. Zazwyczaj poziom agresji jest w nich niski, albo nie ma jej w ogóle, ale treść jest na tyle uboga, a dialogi tak słabe, że szkoda na nie po prostu czasu. Bohaterowie są bez osobowości, fabuła mdła jak niedoprawiona carbonara, a oprawa muzyczna sprowadza się do brzdąkania w keyboard. Do tej kategorii zaliczam np. uwielbianą przez dzieci Świnkę Peppę. Może też tak być, że fabuła jest ciekawa, poruszane problemy głębokie, ale oprawa kiepska – postaci są głośne albo straszne. Do takich wątpliwych zaliczam np. Troskliwe Misie, Pszczółkę Maję, szczególnie w nowej szacie graficznej czy fajną, ale dość skomplikowaną fabularnie Marta Mówi. Wszystkie te bajki mają swoje plusy (np. Marta mówi fajnie rozwija język dziecka), ale mogą malucha przestraszyć. Tę kategorię wyjątkowo lubi kanał Mini Mini.

Bajki, które warto obejrzeć
Kategoria "możesz włączyć i zająć się sobą" wbrew pozorom nie jest wcale taka wąska. Należą do niej bajki nieagresywne, mądre, z dobrym przekazem i ciekawymi, sympatycznymi bohaterami, w których nie ma potworów, straszydeł i dramatycznych sytuacji. To takie, przy których możesz spokojnie zająć się sobą. Znajdzie się wśród nich większość bajek naszego dzieciństwa: Bolek i Lolek, Reksio, Zaczarowany ołówek itp. Dodajmy do tego kilka późniejszych produkcji, czyli uwielbiany przez moją córkę Świat Elmo, Kubusia Puchatka, Misiowanki, a z bardziej współczesnych np. Księżniczkę Zosię, Franklina, czy odkryte niedawno przez nas Małe Królestwo Bena i Holly.
Z tego co zauważyłam bajki z tej kategorii wyświetla zazwyczaj TVP ABC.

Na koniec dodam jeszcze, ze wymienione wyżej tytuły to tylko przykłady, a moje zestawienie dotyczy głównie młodszych dzieci i tylko dziecięcych seriali (za długometrażowe się nie biorę, bo to temat rzeka). Ponadto treść bajki trzeba dostosować nie tylko do wieku, ale też do temperamentu dziecka, bo moja córa np. przy Reksiu się po prostu nudzi, a Gargamela boi się tak bardzo, że nie chce oglądać niewinnych wydawałoby się Smerfów. Zachęcam w związku z tym rodziców, by przed włączeniem nowej animacji dziecku, obejrzeli ją sami. Po co nam później nieprzespane noce albo sztucznie wywoływana nadpobudliwość? Poza tym pamiętajmy, że długie oglądanie nie jest dla malucha zdrowe, zdecydowanie lepiej zająć mu czas innymi aktywnościami, a bajki zostawić na dobranockę:)

Ps. Polecam też inne, ciekawe teksty o bajkach i ich wpływie na nasze dzieci: Zalew agresji w bajkachBunt kreskówekDla dzieci czy nie?,



piątek, 7 lutego 2014

Tracy Hogg – Język dwulatka

Muszę przyznać, że nigdy nie rozumiałam fascynacji książkami Tracy Hogg. Jej porady w Języku niemowląt, choć czasem nie pozbawione sensu, mają tę podstawową wadę, że nie uwzględniają indywidualnych cech dziecka. Dlatego zabierałam się do Języka dwulatka z lekką nutą sceptycyzmu. I choć "zaklinaczka dzieci" i w tej książce twierdzi, że da się dzieci podzielić na konkretne typy, to tym razem przynajmniej poczułam się przekonana, że miała z dwulatkami cokolwiek do czynienia.
Ogromną zaletą poradników Hogg jest przejrzysta i logiczna struktura. Nie trzeba ich czytać od deski do deski, żeby znaleźć rozwiązanie nurtujących nas problemów, a do tego wiele rzeczy opisanych jest na przykładach. Ponadto, wiele stwierdzeń dotyczących dwulatków do mnie trafiło i pozwoliło mi spojrzeć na moją córę z innej perspektywy. Nie zmienia to niestety faktu, że megalomania autorki przebija z każdej strony, a jej czarno-biały punkt widzenia bywa bardzo drażniący.
Wiele jest tutaj na temat podstawowych problemów, z jakimi borykają się rodzice dwulatków, ale jeśli ktoś liczy na poradę dotyczącą faktycznie dwulatka, może się zdziwić, bo Tracy w każdym rozdziale jak mantrę powtarza, że trzeba zacząć działać wcześniej, a w rezultacie otrzymujemy porady dotyczące dzieci rocznych lub młodszych. Co więcej, ma wyraźną obsesję na punkcie samodzielnego zasypiania i
Najbardziej jednak irytującą mnie kwestią w Języku jest wspomniane wcześniej dzielenie dzieci na kategorie. Nie umiem niestety takiego podziału zaakceptować ani się z nim zgodzić, bo zdecydowanie uważam, że tak jak i dorośli, wszystkie dzieci są inne i nie da się ich zaszufladkować. Nie znam dwójki takich samych dzieci, ba! nie znam dwójki dzieci, na które działałyby te same metody wychowawcze. POnadto, moje gadające i chodzące dziecko, niespełna 3-letnie absolutnie nie pasuje do opisów dzieci w książce Hogg.
Niemniej jednak, choć nie zachęcam do kupienia, to mogę z czystym sumieniem polecić do przejrzenia, bo niektóre metody czy rady "zaklinaczki" są bardzo inspirujące, a przede wszystkie pozwalają spojrzeć z trochę innej perspektywy na własne dziecko.

PS. Ale nadal nie mogę wyjść z szoku, że istnieją rodzice, którzy po uśpieniu dziecka, wyczołgują się z dziecięcego pokoju, aby nie obudzić malucha, tak jak w jednym z podawanych przez autorkę przykładów.

czwartek, 10 października 2013

Agnieszka Stein - Dziecko z bliska

Za każdym razem, kiedy czytam jakiś poradnik dla rodziców, zastanawiam się, jakie będą kiedyś nasze dzieci. Z tego, co widzę i o czym krzyczą socjologowie i psychologowie, świat schodzi na psy: dzieci coraz mniej czasu spędzają na wspólnej zabawie, a więcej na oglądaniu telewizji i grach komputerowych, rośnie poziom agresji wśród dzieci i nastolatków, młodzież nie potrafi już spędzać wspólnie czasu, w szkołach sajgon i degrengolada... A tymczasem współczesne poradniki doradzają: nie zabraniaj, nie wychowuj, nie ograniczaj... Wiadomo: na rozwój dziecka wpływa wiele czynników, na sytuację społeczną jeszcze więcej, tylko dlaczego gdzieś z tyłu głowy ciągle pojawia się pytanie: skoro metody wychowawcze naszych babć i matek były takie straszne, to dlaczego poprzednie pokolenia jakoś lepiej radziły sobie z bliskością, byciem razem, współdziałaniem?
Odpowiedzi pewnie jest wiele, pole do dyskusji i refleksji ogromne, a tymczasem ja sięgnęłam po kolejną pozycję z nurtu macierzyństwa bliskości, kolejną, która dość jednoznacznie odcina się od metod wychowawczych stosowanych w przeszłości, a wręcz nawet ostro je krytykuje.
Zacznijmy jednak od pozytywów. Dziecko z bliska napisane jest lekkim, prostym językiem, a autorka, choć praktykujący psycholog, nie używa tak popularnego teraz bełkotu psychologicznego. Co więcej, posługuje się przykładami z własnej praktyki, co zawsze bardziej mnie przekonuje, niż powoływanie się na nikomu nie znane badania. Co prawda, przykładów tych jest niewiele, ale zawsze.
Z ogólnym przesłaniem książki jak zwykle się zgadzam: podążaj za dzieckiem, traktuj je jak drugiego człowieka, a nie zwierzątko do tresowania, szanuj, poświęcaj czas itp. Wszystkie te hasła są dla mnie dość oczywiste.
Gorzej jest jednak ze szczegółami. Pod koniec książki autorka pisze, że jej dziecko wrzeszczy najgłośniej na placu zabaw, czy to z radości, czy ze złości, a ja się zastanawiam, co jest w tym takiego dobrego, i jak to dziecko poradzi sobie później, gdy nie będzie mogło w przypływie złości sobie pokrzyczeć. Dużo wiarygodniejsze wydają mi się chyba jednak metody wychowawcze poparte nie tylko teorią, ale też efektem w postaci dorosłego, zdrowego i dobrze funkcjonującego w rzeczywistości człowieka. Tymczasem Pani Stein opisuje metody, których efektów tak naprawdę jeszcze nie zna - i to jest mój największy zarzut wobec tej książki.
Ogólnie wychodzę z założenia, że czytanie tego typu książek bardziej miesza w głowie świeżym rodzicom niż pomaga, niemniej jednak, jeśli kto ma wystarczająco dużo dystansu do siebie i swoich metod wychowawczych, to warto przeczytać książkę, choćby po to, żeby poznać punkt widzenia polskiego psychologa wychowującego w nurcie tzw. macierzyństwa bliskości.

piątek, 19 kwietnia 2013

Jak mówić, żeby dzieci słuchały... - Adele Faber, Elaine Mazlish

Nagromadziło mi się książek do recenzji, na półce czeka Pratchett z Baxterem, Flanagan, Cichocki i kilka innych, ale ja muszę, po prostu MUSZĘ znów napisać coś o poradniku dla rodziców. A dlaczego? Bo odkryłam dla siebie poradnik, który został przez wielu rodziców odkryty już dawno, czyli Jak mówić, żeby dzieci słuchały, jak słuchać, żeby dzieci mówiły. Z racji studiów psychologicznych i ogólnych zainteresowań poradników czytałam w życiu więcej, niż bym chciała, i na ogół byłam zniesmaczona powierzchownością i nierealnością ich treści. Panie Faber i Mazlish natomiast zaskoczyły mnie tak bardzo, że nie potrafiłam oderwać się od tej książki i przeczytałam ją wbrew zaleceniom autorek w całości w trzy wieczory.
Co mi się najbardziej podobało?
Jasna i klarowna konstrukcja książki. Każdy rozdział dotyczy innego zagadnienia, które opisane jest według jednego schematu: teoria, praktyka, przykłady z życia w postaci rysunków, relacje rodziców amerykańskich, a potem polskich. A na końcu krótka ściąga, którą można sobie przepisać i powiesić na lodówce.
Wiele przykładów, z życia wziętych, niewydumanych, opartych o doświadczenia rodziców uczestniczących w zajęciach grupowych, zarówno w Stanach, jak i w Polsce.
Absolutny brak sformułowań w stylu: zrób tak, a Twoje dziecko stanie się w trzy dni ideałem. Wręcz przeciwnie, autorki uczciwie opisują swoje niepowodzenia i trudności.
Częste podkreślanie, że każde dziecko jest inne i że trzeba dopasować działanie do charakteru konkretnego malucha.
Przyznawanie, że opisane metody są trudne do wdrożenia i trzeba czasem naprawdę mocno nad sobą popracować, żeby osiągnąć efekty. Nie ma tu ciągłego analizowania traum z dzieciństwa i kategorycznych stwierdzeń, że dana metoda jest jedyną słuszną. Nie ma tu też, tak często pojawiającej się w książkach tego typu, informacji, że cała osobowość kształtuje się do 2 roku życia, a potem to już tylko mamy efekty swoich błędów - wręcz przeciwnie, autorki opisują stosowanie opisywanych przez nie metod zarówno u dzieci 3-letnich, jak i 17-letnich.
Całość się świetnie czyta, choć niektóre rady autorek wydają się być na pierwszy rzut oka trudne do realizacji. We mnie wiele pomysłów budziło automatyczny opór, więc postanowiłam wrócić do tej książki za kilka tygodni, kiedy poukładam sobie to w głowie. Wam też to polecam, bo to naprawdę jedyny, sensowny poradnik na temat macierzyństwa, jaki w życiu czytałam.

czwartek, 31 stycznia 2013

Dziecko dla zaawansowanych - Leszek K. Talko

Państwo Talko popełnili w swoim życiu wiele fajnych felietonów, które z przyjemnością czytałam. Potem wzięli się za dzieci i pisanie o nich, no bo z czegoś trzeba maluchy utrzymać. Dziecko dla odważnych to połączenie wcześniejszego Dziecka dla początkujących, Dziecka dla średnio zaawansowanych i Dziecka dla profesjonalistów, uzupełnione jeszcze o Dziecko dla zawodowców. Ale jeśli się komuś wydaje, że po tej książce będzie mądrzejszy albo faktycznie stanie się w dziedzinie dzieci profesjonalistą, to się naprawdę zawiedzie. Talko bowiem nie odchodzi od swojego felietonowego stylu i dowcipu, w związku z czym książka jest po prostu zbiorem anegdotek o życiu małżeńskim i rodzinnym Pana Leszka, jego żony i dwójki dzieci. Nie ma tu porad, ani teorii, jest za to spora dawka dobrego humoru. Niemniej jednak nie radzę czytać tego osobom, które traktują swoje rodzicielskie obowiązki bardzo poważnie, a że większość z nas je tak traktuje na początku, to nie kupujcie tej książki świeżo upieczonym rodzicom. Ten rodzaj poczucia humoru wskazany jest wtedy, gdy o 2 w nocy, po prześpiewaniu 30 kołysanek, macie już wszystkiego dosyć i jesteście na granicy histerii. Ale dopiero wtedy, gdy macie za sobą już pierwsze pół roku takich pobudek i umiecie się z tego śmiać!

piątek, 25 stycznia 2013

W sercu emocji dziecka - Izabelle Filliozat

Jestem matką błądzącą. Matką poszukującą. Matką nieprofesjonalną, wręcz absolutną amatorką. Ale jestem też matką wnikliwą, więc sięgam po różne książki, do różnych teorii wychowawczych.
Z racji zainteresowań psychologicznych fascynują mnie emocje. Sięgnęłam więc po książkę W sercu emocji dziecka, która podobno zrobiła furorę we Francji. Pomyślałam: może ta książka przybliży mi, co dzieje się w  tej małej główce? W cudowny sposób podpowie mi, jak zapobiec scenom w hipermarkecie?
Podstawowe założenia są dość przekonujące: dziecko, wbrew temu co myślano kilkadziesiąt lat temu, jest człowiekiem i ma uczucia. Ma uczucia i nie umie nad nimi panować. Ma uczucia i wyraża je natychmiast, bo nie zna jeszcze blokad związanych z życiem społecznym (superego milczy...). Ma uczucia i one, szczególnie te negatywne, je przerażają. I te uczucia należy szanować. Należy rozumieć. Akceptować. Wspierać.
Do tego miejsca wszystko się zgadza. Wszystko jasne. Teoria jest przekonująca, wpisuje się we współczesne myślenie o dziecku, jak o partnerze interakcji. Potwierdza, że dziecko boi się intensywności własnych uczuć i potrzebuje poczucia bezpieczeństwa i miłości, aby nauczyć się nad sobą panować.
Schody pojawiają się, gdy dochodzimy do praktyki. Bardzo mnie interesowało, co należy zrobić, gdy maluch dostaje ataku histerii na środku ulicy i urządza scenę rodem z reklamy prezerwatyw. No bo teoretycznie wiem - zamordować gówniarza. No dobra, żart. Teoretycznie należy zrozumieć i pomóc się opanować. Ale weź pomóż się opanować kopiącemu i wrzeszczącemu dwulatkowi, gdy na dodatek okoliczne staruszki już pędzą powiedzieć Ci co masz robić.
Otóż Pani Filliozat radzi (w ogromnym uproszczeniu) dziecko przytulić i powiedzieć coś w stylu: rozumiem, że się złościsz, masz prawo wyrażać emocje. A potem dziecko powinno się uspokoić i paść matce w objęcia. No cóż, proponuję, żeby każda mama przetestowała sama ową metodę. We mnie budzi ona ogromny opór (i nie działa na moją córkę). Tym bardziej, że później autorka opisuje scenę, w której jej własna córka, po tym jak matka za coś na nią nakrzyczała, informuje zirytowaną  mamusię, że nie ma prawa do niej tak mówić. Być może jestem tradycjonalistką, ale odnoszę wrażenie, że owa metoda prowadzi w prostej linii do wychowania egocentrycznego, rozpieszczonego dorosłego, który będzie "okazywał emocje" wszystkim dookoła, bo przecież ma prawo, ale za to, odbierze to prawo wszystkim innym.
Niemniej jednak myślę, że warto tę książkę przeczytać. Ja sobie dzięki niej uświadomiłam, o jak wielu swoich dziecięcych przeżyciach zapomniałam i że czasem warto do dziecka "ukucnąć", zapominając na chwilę o perspektywie dorosłego.

czwartek, 17 stycznia 2013

Pierwsze dziecko zmienia wszystko - Gertrude Teusen

Na tę książkę trafiłam przypadkiem, kiedy poszukiwałam jakiejkolwiek lektury dotyczącej macierzyństwa, która nie powodowałaby we mnie uczucia, że jestem do kitu. Dookoła propaganda sukcesu, opowieści o tym, jak to cudnie być mamą, a rzeczywistość skrzeczy. A to kolki, a to brak snu, a to kłótnie z mężem... A we wszystkich poradnikach słodycz aż kapie i uśmiechnięte mamy kołyszą uśmiechnięte niemowlaki.
Ta książka, to zupełnie coś innego. Żeby ją przeczytać, trzeba mieć sporo dystansu do macierzyństwa. Teusen opisuje macierzyństwo jako rewolucję, ale rewolucję niekoniecznie naturalną i prostą. Momentami można odnaleźć w niej siebie, zmęczoną i sfrustrowaną, a czasami aż odrzucają bezpośrednie i brutalne opisy matczynej codzienności czy zaniku relacji małżeńskich.
Te mamy, które już nie pamiętają frustracji pierwszych miesięcy, poczują się zapewne zgorszone tą książką, bo odkrywa one wszelkie, pieczołowicie chronione tajemnice, takie jak brak seksu i romantyzmu w związku po urodzeniu dziecka (nie tylko zaraz po), poczucie wykluczenia i odrzucenia świeżej mamy, niezadowolenie z siebie i całkowitą bezsilność w relacji z dzieckiem...
Te mamy natomiast, które są właśnie na etapie rozpaczy i zagubienia, być może odnajdą w niej pocieszenie i informację, że wszystko, co przeżywają jest absolutnie normalne i uzasadnione. Że miłość do dziecka nie musi być czymś co przychodzi natychmiast po porodzie i zabija wszelkie negatywne emocje. Że czasem nie ma dobrej rady, trzeba po prostu przetrwać.
Podsumowując:
Na plus – brak lukru, porady, z których faktycznie można skorzystać (nie: zapisz się na fitness, a dziecko zostaw w szafce w klubie), odmitologizowanie macierzyństwa.
Na minus – nie przekonuje mnie podział na kwoki i kukułki, trochę sztuczny i zbyt czarno-biały, z książki wyziera momentami rozgoryczenie autorki, która chyba do dnia dzisiejszego jednak nie zaakceptowała do końca zmian, które przyniosło jej pojawienie się dziecka.