Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2020

Pełnowartościowe dzieciństwo


Niewidomych rodziców często traktuje się albo jak bohaterów, albo jak rodziców specjalnej troski. W perspektywie społecznej nie są oni po prostu mamą czy tatą i budzą skrajne reakcje, od podziwu i zachwytu po przerażenie i niechęć.

Media również nie pomagają – pokazują albo rodziny dysfunkcyjne, w których dzieci są zaniedbane lub bardzo obciążone, albo takie, w których rodzicielstwo to niemalże zdobywanie Mount Everestu. Sprawia to, że stereotypy nadal mają się świetnie, niewidomy rodzic niejednokrotnie spotyka się z dziwnymi komentarzami i pytaniami, a dziecko po prostu z litością.
Co ciekawe, uwaga badaczy – pedagogów i psychologów – skupiona jest głównie na niewidomych rodzicach i opracowań na temat odwrotnej relacji jest bardzo niewiele. Niełatwy to temat, bo wymaga zadania trudnych pytań ich dzieciom, a te nie zawsze mają ochotę odpowiadać. Dużą rolę odgrywa strach przed ostracyzmem społecznym – bo jeśli powiem coś negatywnego, wyjdzie na to, że jestem niewdzięczny. Z drugiej strony mówienie tylko pozytywnie nie wydaje się szczere, bo pokażcie mi dziecko, które nie ma żadnych pretensji do rodziców! W efekcie zazwyczaj kończy się na dywagacjach o tym, jak trudno być niewidomymi mamą czy tatą i jak taka rodzina postrzegana jest przez innych, z całkowitym pominięciem perspektywy syna czy córki.
A jednak z rozmów z niepełnosprawnymi wynika, że sami ciekawi są tego, jak ich dzieci odbierają swoją rzeczywistość. Czy bycie przewodnikiem niewidomego ojca to dla syna obciążenie? Czy fakt, że mama nie poczyta córce przed snem lub nie pomoże w odrabianiu lekcji, wpłynął na jej sukcesy szkolne? Czy czuli się inni? Samotni? Pytań może być wiele, ale odpowiedzi brakuje, bo akcent zawsze położony jest na rodzicach i ich wątpliwościach i lękach, natomiast z jakichś powodów pomija się przy tym perspektywę ich latorośli.

Dymu i sensacji nie będzie
Moim założeniem było zdjęcie z niewidomych rodziców filtra, który jednym każe podziwiać ich heroizm, a innym krytykować brak odpowiedzialności i obarczanie dziecka sobą. Zależało mi na tym, by pokazać ich po prostu jako mamę i tatę. Nie chciałam jednak rozmawiać z niewidomymi – bo to już robiono mnóstwo razy. Interesowało mnie, co o tym myślą ich dzieci i czy ich dzieciństwo różniło się jakoś od dzieciństwa ich rówieśników. W efekcie moich poszukiwań dotarłam do kilku osób, mających dwoje niewidomych rodziców, które wyraziły chęć rozmowy ze mną. Zbudowałam artykuł w oparciu o pytania, które im zadałam, ale ze względu na objętość materiału nie zamieszczam tu wszystkich wypowiedzi, a jedynie wybrane. Ponieważ nie każdy chciał w tekście ujawnić swoje imię, często używam określenia „moi rozmówcy”, w którym zawierają się też osoby, które postanowiły pozostać anonimowe – nie przytaczam też ich wypowiedzi, a jedynie ogólne z nich wnioski.
Wspierałam się też odpowiedziami dwóch internautek, roboczo nazwanych tu Kerily i Twenzel, które na portalu reddit.com w zakładce „Ask me anything” („Zapytaj mnie o cokolwiek”) odpowiadały na pytania dotyczące ich życia z niewidomymi rodzicami. Nie sięgałam natomiast do reportaży telewizyjnych czy artykułów prasowych, zakładając, że pokazują one z natury rzeczy zafałszowany obraz sytuacji i nie skupiają się na prawdzie, a jedynie na sensacji. Nie oznacza to oczywiście, że nie poznałam „ciemnej strony mocy” – tak wśród niewidomych, jak i widzących jest wiele patologii, ale nie oszukujmy się – nikt nie patrzy na mnie jako matkę przez pryzmat osławionej niegdyś „mamy Madzi”. Dlaczego więc ja mam patrzeć na moich rozmówców przez pryzmat Tomka, którego historia opowiedziana swego czasu TVP wzbudziła tak wiele emocji?

Zanim przejdziemy do sedna…
Tekst ten dedykuję mojemu najbardziej pełnosprawnemu wśród niepełnosprawnych koledze, który swoją postawą i miłością codziennie uczy swoje dzieci, jak być dobrym rodzicem.
Dziękuję też wszystkim moim rozmówcom za szczere i wyczerpujące odpowiedzi na moje często niełatwe pytania o ich rodziny i dzieciństwo. Wiem, że byłam czasem nawet wścibska, ale dzięki Wam ten tekst jest tak prawdziwy, jak tylko się da.
Na początku trzeba też zaznaczyć, że każdy ma swoją historię. Moi rozmówcy wspominali wielokrotnie, że znają osoby, które odcięły się od swoich niewidzących rodziców, bo ich dzieciństwo było zbyt trudne, czuły się zbyt obciążone. Ale z mojej analizy tego tematu wynika, że są to wyjątki i ich sytuacja nie powinna rzutować na ocenę pozostałych rodzin. Wręcz przeciwnie, pozwolę sobie wyciągnąć wniosek, że w przeważającej liczbie przypadków dzieci rodziców z dysfunkcją wzroku nie mają poczucia, że niepełnosprawność rodziców wpłynęła znacząco na ich życie, a jeśli już to raczej w sposób pozytywny kształtując ich postawy życiowe.

Dzieciństwo z niewidomymi rodzicami
Spokojne. Radosne. Pełne ciepła. Szczęśliwe.
Takie odczucia ma np. Ania, dziś 51-letnia kobieta, której oboje rodzice nie widzieli. Jej wspomnienia związane są głównie z atmosferą w domu, wsparciem emocjonalnym, jakiego doświadczała, ale też z wysoką kulturą i świadomością rodziców, którzy tam, gdzie nie mogli dzieciom pomóc, korzystali z pomocy widzących.
Czy według nich było inne?
– W pewnym sensie pewnie tak – odpowiada na to pytanie 36-letni Marcin. – Choć na szczęście nie odbiegało tak bardzo od dzieciństwa moich rówieśników. Dla mnie było to normalnością. Dzięki temu do dziś mam odmienne podejście do niepełnosprawności, nie traktuję tego jako życiowej tragedii.
– Nie mam takich myśli, że się różniło. Teraz jako dojrzała osoba wiem, że to jest fajnie, jak jest ten kontakt wzrokowy od samego początku, no to tego nie było, no ale był inny kontakt, mama przytuliła… A wzrokowy był chociażby ze starszym rodzeństwem – dodaje Ania. – To [że rodzice nie widzą – przyp. red.] było dla mnie naturalne, nie było tak, że coś się wydarza i jest trauma, tylko pojawiłam się w rodzinie, w której byli fajni ludzie, w której było ciekawie, bo taki był nasz dom – wspomina Ania.
Ogromnym wsparciem byli widzący członkowie rodzin. Tam, gdzie rodzicom brakowało wzroku, wchodziły babcie, ciocie czy pozostałe rodzeństwo. Być może to sprawia, że moi rozmówcy są bardzo rodzinni i związani ze swoimi bliskimi.
– Miałem to szczęście, że spory wkład w moje wychowanie mieli dziadkowie i ciocie, dzięki którym nauczyłem się dość wcześnie czytać i pisać, co znacząco ułatwiało funkcjonowanie (i pomoc rodzicom) – podkreśla Marcin.
Kerily z kolei wspominała babcię, która nie tylko pomagała im w domu, lecz także stała się swego rodzaju strażniczką wspomnień, tworząc albumy ze zdjęciami swoich wnucząt.
Dla Ani pierwszą widzącą opiekunką była jej starsza o 5 lat siostra.
– To była w zasadzie taka moja druga mama. […] Wiem z opowiadań rodziców, że mając 5 lat, z dumą woziła mnie w wózku po osiedlowych chodnikach, wszystkie koleżanki jej zazdrościły… Rodzina była duża, były siostry mojej mamy, więc po śmierci Moniki [siostry – przyp. red.] nie byliśmy pozostawieni sami sobie. Kiedy wymagałam pomocy, był ktoś widzący, kto zawsze kontrolował, rodzice byli świadomi, że są pewne rzeczy, których niewidoma osoba nie jest w stanie skontrolować, np. jak dziecko pisze. Osoby spoza rodziny, jakaś studentka, wolontariusze, typowo do rzeczy lekcyjnych – dodaje.
Moi rozmówcy zgodnie jednak przyznają, że dość szybko stali się samodzielni, szybciej niż pozostali rówieśnicy. Nie było to narzucone przez rodziców, po prostu naturalna kolej rzeczy, że przejmowało się typowo wzrokowe czynności.
– Od prawie samego początku szkoły podstawowej uczęszczałem do niej sam – początkowo (przez pierwsze cztery lata) znajdowała się na osiedlu, blisko domu, później zaś (od piątej klasy) na warszawskiej starówce, czyli ok. 30 min jazdy autobusem. Poruszanie się po mieście czy wyjście gdziekolwiek samemu nie było dla mnie problemem – wspomina Marcin.
– Było mi łatwiej samej dobierać sobie ciuchy, moja mama nie miała pojęcia, co się nosi. Szybko zaczęłam też pomagać jej w wyborze ubrań – sama z siebie, po prostu miałam lepszy gust – śmieje się z kolei Kerily na amerykańskim forum.
56-letnia Elżbieta uważa z kolei, że taka wczesna samodzielność wiele jej dała: – Dzięki temu, że chodziłam i jeździłam z rodzicami po Warszawie w różnych sprawach albo do znajomych, to miałam większą orientację i doświadczenie niż inni rówieśnicy. Byłam z tego bardzo dumna, że wszędzie trafiam, miałam plan miasta i wystarczyło, że pojechałam gdzieś tylko raz i potem bez żadnych problemów trafiałam i nie musiałam nikogo o nic pytać.
Co ciekawe, choć w wielu sytuacjach pomagali rodzicom, to koniec końców często mieli nawet mniej obowiązków niż ich rówieśnicy – co do tego moi rozmówcy są zgodni.
– Koleżanki, które były dla mnie najbliższe, pochodziły z rodzin, w których były wymagania. Moja koleżanka z podstawówki miała więcej obowiązków ode mnie. Mi się czasami wydawało, że ja mam więcej luzu – wspomina Ania.
– Nigdy nie odczułem, żebym musiał. Mogłem. Ale byłem raczej leniwy i niechętnie robiłem to, co mi kazano. Więc w przypadku obowiązków domowych muszę przyznać, że pomocą byłem raczej żadną… Mam nawet wrażenie, że miałem tych obowiązków zdecydowanie mniej. Moim obowiązkiem było odrabianie lekcji czy sprzątanie własnego pokoju.
– Nie wiem, pewnie miałam mniej niż oni (rówieśnicy), bo moja mama nie pracowała zawodowo, więc wszystkim zajmowała się, jak byłyśmy w szkole – zastanawia się Elżbieta. – Mama w domu wszystko robiła sama, czasami przed świętami razem z siostrą froterowałyśmy podłogę po pastowaniu (taki przedświąteczny rytuał), później jak byłyśmy starsze, to przejęłyśmy mycie okien, a jak nastała pralka automatyczna, to wstawiałyśmy pranie. I tyle. A jeszcze jedno, segregowałam ciuchy – kolorami i układałam mamie na kupki, żeby wiedziała co z czym uprać, jeszcze jak była pralka Frania.
Bywa i tak, że rodzice, chcąc wynagrodzić dziecku swoją niepełnosprawność, wręcz zbyt mało od niego wymagają. W wypowiedziach wielu moich rozmówców pojawiał się ten wątek – dziecka, które dostaje zbyt dużo wolności i w efekcie wybiera później złą drogę. Rodzice tak bardzo boją się obciążać dziecko sobą, że nie stawiają żadnych granic, a przecież te są niezbędne w procesie wychowawczym.

Druga strona medalu
Oczywiście, jest i druga strona medalu – te wszystkie drobiazgi i braki tworzące codzienność, ale też silne poczucie odpowiedzialności za niewidomych rodziców. Moi rozmówcy przyznawali, że w pewnych kwestiach czuli większą presję i obciążenie niż ich rówieśnicy. Najczęściej było to związane z pomocą przy czytaniu dokumentów, napisów w filmach czy załatwianiu spraw urzędowych.
– To było wkurzające – nieważne, że coś właśnie robiłam, akurat w tym momencie moja mama musiała mnie zawołać, żebym jej coś przeczytała – narzeka Kerily na forum.
– Jak byłam młodsza, jak byłam nastolatką, to pamiętam, jak mama mówiła: „choć przejrzymy te zioła, jakie one mają terminy ważności”. O matko, mnie to w ogóle nie interesowało, straszne, znowu coś muszę! – wspomina Ania ze śmiechem. – Mamy też większą czujność – trzeba się uczyć, żeby nie obserwować cały czas. Ale człowiek ma to wyuczone. Normalnie, jak dziecko rośnie, to ono wie, że to mama będzie czuwała – w autobusie, na plaży, będzie pilnować. Dziecko niewidomego rodzica będzie mniej beztroskie. A moi rodzice żyli w takich czasach, że nie uczono jeszcze w szkole samodzielności w takim stopniu, jak uczy się tego dzisiaj. Nie uczono niewidomych np. samodzielnego poruszania się.
Dla Marcina większym dyskomfortem była konieczność „pilnowania” rodziców: – Od kiedy pamiętam, byłem dla nich pomocą – wielu spraw nie dało się wówczas załatwić bez wychodzenia z domu, więc podczas każdego wyjścia musiałem uważać nie tylko na siebie, lecz także na rodziców. A podczas wspólnych zakupów musiałem pilnować, by nikt ich nie oszukał. Dla dziecka to była chyba spora odpowiedzialność.
I dodaje: – Teraz, gdy mieszkam ze swoją rodziną – żoną, dziećmi – moja relacja nie odbiega znacząco od relacji moich znajomych. Tak samo co jakiś czas do siebie dzwonimy, tak samo co jakiś czas ich odwiedzam. Jedyna różnica to być może pomoc przy większych zakupach. Ale poza tym, rodzice są też już bardziej samodzielni niż 20–30 lat temu, choćby dzięki technologii, z której korzystają.
Czy wpływa to jednak na dalsze decyzje w życiu? Czy dziecko niewidomych rodziców już zawsze będzie się nimi „opiekowało”? Raczej nie, choć zdarzają się sytuacje, w których poczucie odpowiedzialności za rodzinę wstrzymuje kogoś przed podjęciem trudnej życiowej decyzji. Ania np. zrezygnowała z wyjazdu do Francji na studiach: – Gdyby moi rodzice byli osobami widzącymi, tobym wyjechała. Czułam, że im się to nie podobało, ale nie powiedzieli mi tego. Chociaż nie wiem, ile bym wytrzymała, bo potem wyjechałam do Anglii i po dwóch miesiącach wróciłam – śmieje się. – Nie robiłam też dużych imprez ze względu na rodziców, raczej zapraszałam do siebie osoby, które były mi bliskie. Bo mogłoby być dla mnie krępujące, że rodzice niewidomi, nie wiem, jak oni się będą czuli, że przyszedł ktoś obcy, ja też bym nie wiedziała, jak się zachować.
Zdaniem Marcina jednak nie miało to wpływu: – Nie. Za swoje wybory życiowe odpowiedzialny jestem sam i nie wiążę ich z niepełnosprawnością rodziców.
– Nie. Miałam wychowawczynię, która uważała, że powinnam po podstawówce iść do szkoły zawodowej, by szybko móc pomagać rodzicom. Na szczęście mogłam właśnie dzięki pomocy rodziców skończyć studia i wybrać sobie taki zawód, jaki sama chciałam – podkreśla Elżbieta.
Innym utrudnieniem był brak samochodu i problem z dojazdami na zajęcia, do znajomych czy do szkoły. – Jak już byłam trochę starsza, to już różne koleżanki miały samochód, a my nie. Na przykład z basenu zabierał nas tata koleżanki, czyli też to nie był koniec świata, ale ja myślałam, jakby to było, gdybyśmy mieli jakiś fajny samochód – opowiada Ania, która przyznaje, że bała się czasem wracać sama wieczorem do domu.

Społeczne lustro
Wielu niewidomych rodziców boi się, że ich dzieci zostaną odrzucone przez rówieśników ze względu na ich niepełnosprawność. Jak wiadomo, młodzież bywa okrutna i potrafi sobie nawzajem dokuczać z mniejszych powodów. Moi rozmówcy słyszeli o takich sytuacjach, ale na szczęście ich nie doświadczyli.
– Nigdy nie spotkałem się z rzeczywistymi nieprzyjemnościami – wręcz przeciwnie, raczej odnosiłem wrażenie bycia uprzywilejowanym z tego powodu. Na przykład w szkole zdarzało się, że uczestniczyłem wraz z mamą w zebraniach tylko dla rodziców – rówieśnicy takiej możliwości nie mieli! Jedyną „nieprzyjemnością” było dla mnie tylko czasem spojrzenie (wpatrywanie się) innych dorosłych na rodziców – z takim zaciekawieniem, ale i strachem. Ale na to miałem swoją metodę – robiłem dokładnie to samo w ich stronę. Szybko odwracali wzrok – śmieje się Marcin.
– W okresie dojrzewania był taki czas, że wstydziłam się rodziców, siostry, tego, że nie „przelewało się u nas”, i samej siebie, ale to był taki wiek nieakceptacji wszystkiego – Elżbieta nie najlepiej wspomina okres „burzy i naporu”, nie identyfikuje jednak tych odczuć z niepełnosprawnością rodziców.
Ania miała z kolei wątpliwości, czy mówić koleżankom o swoich rodzicach: – Czasami komuś o tym powiedziałam, a czasami sobie analizowałam, że w sumie nie wiem, jakie są inne rodziny, że to nie jest coś tak szczególnego, żeby o tym mówić. Dla mnie to było takie podwójne: miałam poczucie, że mam superrodziców, ale ciekawiło mnie, co inni o nas myślą, że to jednak nie jest społeczną normą, że większość ludzi widzi.
W takich sytuacjach pomocne było utrzymywanie kontaktów z osobami w podobnej sytuacji. Ania podkreśla, że to bardzo ważne: – Uważam, że naprawdę warto utrzymywać kontakty z innymi rodzinami, w których jest podobna sytuacja. Spotykać się w naturalnych warunkach, na wczasach, na koloniach. Dla mnie to było fajne, że ja zawsze miałam koleżanki, z którymi zresztą kontakt utrzymuję do dzisiaj, które też miały niewidomych rodziców.
Tę opinię wydaje się potwierdzać duży odzew na posty Kerily i Twenzel na forum Reddit – wśród setek pytań o ich codzienność pojawiają się też komentarze innych dzieci niewidomych rodziców, które są ciekawe podobieństw i różnic między ich rodzinami.
Jednym z zabawnych wątków przewijających się w moich rozmowach była kwestia robienia czegoś za plecami rodziców, którzy przecież „nie zobaczą”. Co ciekawe, dzieci nie korzystały z tego jakoś szczególnie. Zdarzały się jakieś podkradane z pudełka ciastka czy pokazany język, książka czytana pod kołdrą – ale które dziecko tego nie robi!, natomiast wszelkie przejawy buntu raczej prowadziły do przekonania, że nawet niewidomy rodzic widzi wszystko!
– Wspominam do dzisiaj, że szłam z moim rodzeństwem i kuzynostwem do kina i powiedziałam, że nie chcę założyć czapki. I na to usłyszałam, że mam założyć czapkę albo nie pójdę. I jak się skończyło? Oni poszli, a ja cały ten film przepłakałam, ale czapki nie założyłam. A przecież mogłam wyjść z domu i zdjąć tę czapkę! – wspomina Ania.
– Kiedy miałam ok. 5 lat, pani doktor przepisała mi jakieś zastrzyki. Po wizycie miałyśmy iść do apteki, ale ja, wiedząc, że jeśli tam pójdziemy, to mnie te zastrzyki nie ominą, wykombinowałam sobie, że zaprowadzę mamę do kiosku Ruchu zamiast do apteki. Weszłyśmy do środka, mama zorientowała się, że to nie apteka, a ja wypaliłam: „Tutaj może sobie mama kupić papierosy!”. Po zastrzyki musiała iść siostra, bo ja odmówiłam współpracy – opowiada Elżbieta.

Zamiast podsumowania
Nie chcę w tym miejscu wyciągać wniosków i formułować ocen. Najlepszym podsumowaniem jest wg mnie odpowiedź moich rozmówców na pytanie, czego nauczyli się od swoich niewidomych rodziców.
Marcin: Dążenia do osiągania celu, niezależnie od przeciwności. […] Podejścia do niepełnosprawnych jak do normalnie funkcjonujących w społeczeństwie osób, bez zbędnego rozczulania się nad ich losem. Większość niewidomych, których poznałem, świetnie daje sobie radę w samodzielnym funkcjonowaniu.
Ania: Tego, że naprawdę ludzie mogą być szczęśliwi bez względu na to, czego w życiu doświadczają, jakie mają życiowe katastrofy.
Elżbieta: Samodzielności i tego, że trzeba być dobrym człowiekiem i pomagać innym.
Kerily: Nie wymyślaj głupich wymówek dla swoich porażek i nie ma takich słów jak „nie da się”. Możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko wystarczająco tego pragniesz.

***
Co radziłbyś niewidomym rodzicom?
Marcin: By wychowali swoje dzieci najlepiej, jak potrafią. Ale też, by pomagali im, jak tylko potrafią, szczególnie w okresie szkolnym. By rozmawiali o swojej niepełnosprawności, nie traktując jej jak coś złego lub powód do wstydu. By wyczulali swoje dzieci na ich spojrzenie na niepełnosprawnych – by pomagali, traktowali na równi z pełnosprawnymi, zamiast obserwować „z ukosa”.
Ania: Mądre wyważenie, żeby w żadną stronę nie przesadzić, ale żeby od tych dzieci wymagać. Wychowywane w duchu, że jest to nasza wspólna sprawa, jakoś musimy sobie z tym radzić, ale żeby w to wciągać rodziny, żeby dziecko nie było zbyt obciążone, w miarę możliwości.
W tych rodzinach też nie powinno być kompleksów. Jest wiele wspaniałych osób z dysfunkcją wzroku i niczego im nie brakuje, żeby się czuli pełnowartościowymi ludźmi.
Elżbieta: Żeby się nie przejmowali tym, bo dzieci dostosowują się do sytuacji, nie robili z nich ofiar.
  
Artykuł został opublikowany w „Pochodni”, numer 1(934), styczeń-luty 2020.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Hejterzy są wśród nas

Złośliwi ludzie byli, są i będą. Ale w czasach mediów społecznościowych bycie wrednym ma zupełnie inny wymiar – nie musisz już mówić pewnych rzeczy prosto w oczy drugiej osobie, co czasem jednak sprawiało, że łagodziłeś swoją wypowiedź. Teraz możesz napisać pod czyimś postem naprawdę nieprzyjemne rzeczy i nie ponieść żadnych konsekwencji. Możesz również wylać z siebie złość, bez odpowiedzialności za to, jaką krzywdę komuś wyrządzasz.
Hejterzy. Ostatnio bardzo modne słowo! Pojawia się wszędzie i w każdym kontekście, ale nie każdy wie, o co chodzi. Najprościej mówiąc, to po prostu osoby, które piszą pełne złości, a nawet czasem nienawiści (ang. hate), rzeczy w Internecie. Niektórzy robią to anonimowo, inni pod własnym nazwiskiem, ale wszyscy wylewają swoją frustrację pod postami lub artykułami na stronach internetowych i w mediach społecznościowych. Każdy, kto korzysta na co dzień z tych źródeł informacji, dobrze wie, o czym mówię.
Hejterów można podzielić na trzy grupy: pierwsza z nich to osoby, które lubią dominować, uważają się za lepsze od innych, wierzą w podziały międzyludzkie, nie akceptują poglądów odmiennych od swoich. To, ci którzy najczęściej wyrażają opinię, że jakaś grupa społeczna jest lepsza od innej, nie tolerują słabości i wyszydzają ludzi, którzy radzą sobie w życiu gorzej niż oni. Druga to anonimowi (przynajmniej pozornie!) użytkownicy Internetu, którzy bardzo chronią swoją prywatność i publikują nienawistne komentarze pod pseudonimami, nickami, ukrywając się pod fikcyjnymi osobowościami. Często zmieniają konta na portalach, e-maile, tożsamość, dzięki czemu czują się bezkarni i bezpieczni, a to wzmaga ich agresję w sieci. Ale uwaga! Anonimowość jest złudna – to, że podpisujesz się pod postem jako Misiaczek73, nie oznacza, że policja nie dotrze do twoich danych osobowych! Trzecią grupą hejterów są osoby opłacane, by pisać negatywne komentarze, najczęściej w celach politycznych lub marketingowych – to tzw. trolle internetowe. Ich działalność nakierowana jest na eliminację konkurencji, podważenie czyjejś wiarygodności czy propagowanie konkretnych poglądów poprzez negację odmiennych przekonań (na podstawie badań przeprowadzonych w Polsce w 2014 r., Emilia Szymczak, „Hejting jako przykład współczesnego zagrożenia w przestrzeni społecznej”).
Co ciekawe, ludzie ci pochodzą z różnych środowisk, są w różnym wieku i różnej płci. Wbrew stereotypom hejter może być zarówno młodym, wykształconym mężczyzną, odnoszącym sukces zawodowy, jak i starszą panią, którą spotykamy codziennie w autobusie.

Trochę liczb

57% młodzieży przynajmniej raz dziennie śledzi posty zamieszczone przez innych pod swoimi wpisami. 14% często zmienia poglądy pod wpływem internetowych opinii. 10% przyznaje, że stosowanie obraźliwych komentarzy jest dla nich formą rozrywki. 66% twierdzi, że hejtowanie jest sposobem na wyrażenie własnej opinii. A to dane dotyczące jedynie młodzieży! Z raportu wynika wręcz, że skłonność do hejtowania nasila się w liceum, a najwięcej hejterów znajduje się wśród 19-latków (dane z publikacji „Wilki i owce w Internecie, czyli raport na temat hejtu wśród młodzieży”, przygotowanej w 2016 r. przez organizację Global Dignity pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka).
Jeśli chodzi o dorosłych, to z badań SW RESEARCH z 2015 r., którymi objęto 800 osób w wieku 16–64 lata, wynika, że 53,4% internautów przynajmniej raz spotkało się z hejtem w sieci. Co czwarta badana osoba padła ofiarą hejtera, a 11,3% sama nim była! Co ciekawe, częściej hejtowali ludzie do 24 r.ż. z wykształceniem średnim lub zawodowym, mieszkający w dużych i średnich miastach. To zadaje kłam powszechnemu przekonaniu o pochodzeniu hejterów z nizin społecznych.
Powyższe liczby nie wyglądają najlepiej, tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, że są to badania sprzed 4 lat, a zjawisko hejtowania się nasila. Co więcej, badacze nadal nie potrafią jasno odpowiedzieć na pytanie, skąd się ono bierze i dlaczego tak wielu ludzi wylewa z siebie nienawiść w sieci.

Próba diagnozy

Komentarze pod postami, nawet te nieanonimowe, pozwalają autorowi pozostać bezkarnym. Zazwyczaj najgorsze, co może go spotkać, to zbanowanie – czyli zablokowanie możliwości dodawania komentarzy lub niechęć ze strony pozostałych internautów. Rzadko zdarza się, by ktoś taki hejt zgłosił np. na policję. Na ogół więc nie ponosi żadnych innych konsekwencji – bo przecież Internet szybko zapomina i jego złośliwości po prostu znikną w zalewie innych. Niewiele jest też rozwiązań prawnych, które pozwalałyby takiego człowieka pociągnąć do odpowiedzialności, a i mało kto wie, że jest to w ogóle możliwe (patrz wskazówki na końcu tekstu).
Pierwszą przyczyną może więc być poczucie bezpieczeństwa: mogę powiedzieć naprawdę straszne rzeczy bez poważnych konsekwencji. To domniemanie zawsze każe mi się zastanowić nad tym, jak wiele niewypowiedzianych, złych myśli tłoczy się w głowach sporej części społeczeństwa. Przerażające, prawda?
Inną „zachętą” może być też brak reakcji innych komentujących, czy też mocniej, przyzwolenie na agresję w Internecie. Jest to związane ze zobojętnieniem społeczeństwa na przejawy agresji, co pozwala agresorom na całkowitą bezkarność. Badacze uznali, że im częstszy ktoś ma kontakt z hejtem, tym bardziej się z nim oswaja, a w konsekwencji nie postrzega go jako problemu. „Na pytanie, jak rodzi się hejt, 66% polskich internautów odpowiedziało »niewinnie, od chęci wyrażenia swojej opinii«”. Co druga osoba z tej grupy twierdziła, że hejtuje, gdy nie zgadza się z poglądami autorami wpisu, a co dziesiąty przyznał się, że „hejtuje, bo lubi” („Media a świat wartości: pomiędzy wolnością słowa a mową nienawiści w dyskursie”, Anna Leszczuk-Fiedziukiewicz).
Inną, domniemaną przyczyną tego, że hejter wylewa swoją frustrację w sieci, może być zawiść – o to, że ktoś osiąga sukcesy, że lepiej wygląda, ma więcej znajomych czy lepszą sytuację ekonomiczną. Ofiarą takich nienawistników padają najczęściej osoby publiczne, celebryci, aktorzy, politycy. Bywa, że jest to próba kompensacji, podwyższenia sobie samooceny kosztem innych, albo zwykłe wyżycie się za to, że coś im się nie udało. Czasami hejter wyzłośliwia się tylko po to, by poczuć się lepszym, okazać pogardę osobom, które zagrażają jego poczuciu własnej wartości. Nie dba przy tym o uczucia innych, ani o to, że kogoś zrani, chce tylko dać upust swojej złości.
Niektórzy badacze uważają, że hejterzy posiadają „sadystyczny rys osobowości”, czyli odnajdują przyjemność w sprawianiu przykrości innym, a nawet traktują to jako formę rozrywki. Być może fascynuje ich przemoc, a nawet stosują ją w realnym życiu.
Znaczącym czynnikiem są też uprzedzenia społeczne – rasowe, etniczne, na tle orientacji seksualnej czy płci. Wynikają one zazwyczaj ze strachu przed innością, z braku wiedzy o danych grupach kulturowych, rywalizacji czy poczucia krzywdy.
Niektórzy psychologiowie skłaniają się też ku koncepcji językowej hejtu – który ma być w tym rozumieniu formą sublimacji, a także kanalizacji agresji, którą hejter uważa za nieszkodliwą, bo „to przecież tylko słowa”.

Jak go rozpoznać?

Odpowiedź na pytanie, dlaczego i kto stosuje hejt, nadal nie jest jednoznaczna. Równie trudno jest określić, co jest hejtem, a co zwykłą krytyką. To, co dla jednego będzie „tylko” wulgarnym żartem, drugiego może zranić do głębi. Stąd też biorą się problemy ze zgłaszaniem takich komentarzy czy postów – ocena ich szkodliwości może być często subiektywna. Doskonałym przykładem jest Facebook, którego mechanizmy zablokowały swego czasu posty Społecznej Inicjatywy Narkopolityki (SIN), choć Fundacja od lat prowadzi w Polsce działalność antynarkotykową (więcej o sprawie: https://panoptykon.org/sprawa-sin-vs-facebook). Co zapewne niejednego zaskoczy, bo jeśli choć raz próbowaliście zgłosić obraźliwego posta, to wiecie, że nie jest to takie proste.
Większość specjalistów jednak jest zgodna – tym, co wyróżnia komentarze hejterów, jest fakt, że nie niosą merytorycznej treści, jest w nich za to mnóstwo niekonstruktywnej krytyki. Starają się uderzyć w najczulsze punkty, przyczepiają się do każdej, nawet najdrobniejszej rzeczy, a jeśli znajdą słabość lub odkryją błąd, wykorzystają to bezlitośnie, by zranić innych. To dlatego hejter, gdy zostanie już potraktowany odpowiednio przez innych komentujących, dość często zaczyna wytykać innym na przykład błędy językowe lub czepia się zdjęcia profilowego danej osoby. Nie ma dla niego znaczenia kontekst czy fakty. Chce się tylko wypowiedzieć, zazwyczaj negatywnie. Nie szuka rozmowy, wyjaśnień, polemiki. Szuka punktu zaczepienia, czegoś, do czego można się przyczepić i wykorzystać w swoim złośliwym komentarzu. Nie kieruje się logiką, za to karmi się konfliktem i nic go bardziej nie nakręca niż próby dyskutowania z nim i świadomość, że udało mu się kogoś zdenerwować. Hejterskie posty są pełne ogólników, obraźliwych określeń, sarkazmu, jadu. Najgorsza ich wersja, to ta, w której komentujący życzy autorowi wpisu śmierci lub zachęca innych do przemocy (np. „Fajnie, że zdechła, ma za swoje” – w 2015 r. takie zdanie pojawiło się pod informacją o śmierci blogerki Martyny Ciechanowskiej). Ale można zniszczyć kogoś i mniej dosłownymi uwagami: wyszydzając jego wygląd, przypisując mu winę za coś (jak w przypadku nastolatki oskarżonej o to, że jej chłopak zginął w wypadku przez nią), atakując poglądy religijne czy polityczne (Ewa Chodakowska była nękana za umieszczenie na FB słów Jana Pawła II). W przypadku nastolatków takie „żarty’ mogą skończyć się dramatycznie – nawet samobójstwem, co pokazała sprawa Dominika Szymańskiego.
Ale nawet jeśli hejt dotyczy firmy czy instytucji i nie jest skierowany przeciwko konkretnej osobie, nadal jest niedopuszczalny, nadal może wyrządzić nieodwracalne szkody. Jeśli więc piszesz nienawistny komentarz, a nie masz odwagi powiedzieć bezpośrednio i kulturalnie komuś, że masz inne zdanie niż on, są tylko dwie opcje. Jesteś tchórzem, który ukrywa się za ekranem monitora, bo boi się otwartej dyskusji, albo to, co chcesz powiedzieć, nie powinno wyjść poza twoje myśli, bo wiesz, że kogoś zrani lub coś zniszczy. W jednej i drugiej sytuacji, nie powinieneś wylewać swojej frustracji na innych, a raczej zastanowić się nad sobą i nad tym, czy naprawdę to, co masz zamiar napisać, zmieni cokolwiek na lepsze, czy po prostu chcesz się na kimś wyżyć. Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie, zanim wejdzie się w świat Internetu.
Kilka ważnych wskazówek:
Czy hejt jest przestępstwem?
Tak. Wg kodeksu karnego ścigane są zniesławienie i znieważenie innej osoby, propagowanie faszyzmu i totalitaryzmu, znieważenie grupy lub osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo jej bezwyznaniowości oraz znieważenie narodu lub Rzeczpospolitej.
Pytania i odpowiedzi
Co to jest zniesławienie?
Zniesławienia to pomówienie, które prowadzi do poniżenia w oczach opinii publicznej lub narażenia pokrzywdzonego na utratę zaufania potrzebnego do sprawowania stanowiska, zawodu lub danego rodzaju działalności. Treścią pomówienia, co do zasady, są informacje nieprawdziwe. Przestępstwo to zostało stypizowane w art. 212 Kodeksu karnego.
Czy można ścigać za zniesławienie?
Tak. Jest to przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego (art. 212 § 4 k.k.)
Co to jest zniewaga?
Przestępstwo zniewagi polega na ubliżeniu innej osobie w jej obecności lub pod jej nieobecność, ale z zamiarem, by zniewaga do niej dotarła.
Przestępstwo to zostało stypizowane w art. 216 k.k. O znieważeniu decyduje użycie zwrotu lub gestu, które powszechnie odbierany jest za pogardliwy, wulgarny lub ośmieszający, obraźliwy i naruszający godność pokrzywdzonego (subiektywne poczucie własnej wartości). Dla oceny, czy określone zachowanie stanowi zniewagę, istotne znaczenie ma obiektywna ocena tego zachowania, tj. czy zachowanie to jest powszechnie, przeciętnie przez osoby trzecie uważane za obraźliwe i naruszające godność pokrzywdzonego.
Czy można ścigać znieważenie?
Tak. Jest to przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego (art. 216 § 5 k.k.)
Czy można kogoś zniesławić lub znieważyć w sieci?
Tak, Internet jest środkiem masowego komunikowania, za pomocą którego sprawca może dopuścić się zarówno zniesławienia, jak i znieważenia. Mówi o tym art. 212 § 2 i 216 § 2 k.k.
Co to znaczy ścigane „z oskarżenia prywatnego”?
Akt oskarżenia musi być wniesiony osobiście przez pokrzywdzonego (tzw. prywatny akt oskarżenia).
Jaką karę przewiduje kodeks karny za zniesławienie lub znieważenie?
Ten, który dopuścił się zniesławienia lub znieważenia za pomocą środków masowego komunikowania się, podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do wysokości roku. Sąd może też orzec nawiązkę.